wycieczka po południowej Hiszpanii - socjalnie
Po raz kolejny okazało się, że instynktownie wykazując antypatię pod adresem większość rodaków miałem racje.
Nie lubię ludzi, którzy pod pojęciem zwiedzanie
mają zakonotowane bieganie od jedengo wymienionego w przewodniku miejsca do innego, nieustannie strzelając na prawo i lewo cyfrówką. I to już nie chodzi o to, że jestem wrogiem cyfrówek (choć jestem, mimo pozornego paradaoksu, że sam chcę się w jedną zaopatrzyć), albo zabytków. Po prostu odnoszę wrażenie, że większość tam obecnych (a było nas w sumie 15 osób, niestety) pojechała po to, żeby móc napisać do domu - zwiedziłem całą południową Hiszpanię. Ciekawe czy są świadomi, że to nieprawda, bo nie zwiedzili praktycznie nic. Nie znają zwyczajów hiszpańskich, nie rozmawiali z żadnym miejscowym, nie wiedzą kto rządzi krajem i jak, historia kraju jest im obca. Po prostu widzieli kilka budynków, które równie dobrze mogliby zobaczyć na zdjęciach. A siebie powklejać w pirackiej kopii Fotoszopa.
Jak nie mam czasu aby poznać miasto to nie tracę go na bieganie od kościoła do kościoła. Wolę usiąść w jednym z nich, spojrzeć na modlących się ludzi, zobaczyć w jakim są wieku, ilu ich, poprzyglądać się detalom ornamentów. Lubię przejść się uliczkami miasta, zobaczyć jak bawią się dzieci i w co, czy ludzie są zabiegani, czy nie, wypić spokojnie piwo w kawiarni.
A jak widzę kierownika wycieczki
, który mówi, że nie ma czasu zajrzeć do muzeum Picassa, bo musimy jechać zwiedzać Granadę, to mi się go żal robi. Kierownik odjeżdża, a ja zostaję, z pożytkiem dla nas obu.
Chociaż, muszę przyznać, że nie było tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Mógł pojechać z nami Adam-Z-Chujami-Nie-Gadam, z którym rozmowa po powrocie wyglądała następująco:
adam: jak było na wyjeździe?
ja: [w trzech, czterech zdaniach streszczam co widzieliśmy, gdzie byliśmy, bez zbytnich szczegółów]
adam: no, ale imprezy jakieś były?
wycieczka po południowej Hiszpanii - turystycznie
Gibraltar
Gdzie on leży, każdy wie. Że to prawdziwie brytyjska kolonia można się łatwo przekonać na granicy, bo np. z Rumunii bez wizy się nie wjedzie. Choć podejrzewam, że wejść to by się dało, bo sprawdzanie paszportów polega tam na machnięciem nim z półtora - dwóch metrów mniej więcej w kierunku strażnika. Przy wjeździe samochodem kontrola jest bardziej wnikliwa - patrzą na nazwę kraju wypisaną na okładce i na tej podstawie podejmują decyzję czy w ogóle zaglądać do środka. Zaglądają jedynie gdy wjazd wymaga wizy chyba. Cóż za połączenie brytyjskich przepisów z hiszpańskim lenistwem.
Zaraz po wjeździe trudno nie zauważyć lotniska. Naprawdę trudno, bo droga do centrum miasta prowadzi właśnie w poprzek pasa startowego i jest zamykany, gdy ów pas jest w użytku.
Wszelkie napisy są w języku angielskim, mimo że na ulicach częściej słychać hiszpański (no może raczej tzw. Spanglish). Brytyjczycy niby mieszkają w swoich własnych osiedlach, ładnych, przestronnych, mocno strzeżonych, ale można ich również często zauważyć w knajpach, dzieci na placach zabaw, spacerujących ulicą. Wygląda na to, że nie ma tam raczej jakichś podziałów narodowościowych, raczej ekonomiczne, jak wszędzie. Co ciekawe, nawet mieszkańcy, którzy po angielsku mówią nie najlepiej, za to po hiszpańsku doskonale, czują się Gibraltalczykami i reagują z oburzeniem na jakąkolwiek wzmiankę o tym, że Gibraltar mógłby być częścią Hiszpanii.
A najcenniejszym towarem na tej wyspie chyba są miejsca parkingowe. Ilość tablic o zakazie parkowania (czy to wydanym przez policję, czy to właściciela terenu) na pewno przewyższa ilość wszelkich pozostałych znaków. I to chyba kilkakrotnie.
Ceuta
Hiszpańskie wolne miasto (jakkolwiek dziwnie to brzmi) w północnej Afryce. Wygląda bardzo europejsko, choć trzeba przyznać, że można przyuważyć ludzi w charakterystycznych marokańskich
czerwonych czapkach, albo innych togach. W każdym razie Arabów jest dużo. Na tyle dużo, że to na moją aryjską fizjonomię patrzono jak na coś dziwnego.
Nie podobało mi się. Taka szopka dla turystów.
Malaga
Wiele możnaby pisać, bo Malaga jest po prostu piękna. Przynajmniej z tych stron, które dane mi było w moim niezwykle krótkim okresie pobytu zobaczyć. To znaczy kamieniczki w centrum, twierdzę Gibrafaro górującą nad miastem, muzeum Picassa. Wizyta w tym ostatnim sprawiła, że zmieniłem mój stosunej do twórczości tego artysty. Z dość radykalnej co on za bzdury maluje, a ludzie głupi, że to za sztukę uważają
na szkice są beznadziejne, ale to co namaluje jest świetne
. A to już bardzo poważna zmiana w moim wypadku.
wycieczka po południowej Hiszpanii - motoryzacyjnie
Przejechaliśmy ponad 2000 km w 4 dni samochodem bez dokumentów od ubezpieczenia. Trzy razy zostaliśmy zatrzymani przez hiszpańską policję. Dwie rutynowe kontrole i jedno zatrzymanie za przekroczenie prędkości. Scenariusz tego ostatniego:
język policjantów - hiszpański
język kierowcy - bardzo kiepski portugalski, w finale angielski
policjant1: [prawdopodobnie] Przekroczył pan dozwoloną prędkość, proszę podać prawo jazdy i dokumenty samochodu.
kierowca: nao comprendo ..
policjant1: Przekroczył pan dozwoloną prędkość, proszę podać prawo jazdy i dokumenty samochodu.
kierowca: [wyraz twarzy sugerujący pełne niezrozumienie]
policjant1: [do policjant2] Jak ja mam się tutaj z nim dogadać, jak on nic nie rozumie? Może Ty spróbuj?
policjant2: [powoli i wyraźnie] Przekroczył pan dozwoloną prędkość, proszę podać prawo jazdy i dokumenty samochodu.
kierowca: rented?
opada kurtyna i ręce policjantów, samochód zjeżdża ze sceny.
O tym, że w samochodzie brak ubezpieczenia dowiedzialiśmy się w trakcie ostatniej kontroli. Żaden z odnalezionych trzech kwitków z ubezpieczalni nie posiadał ważnego terminu, a rachunki za telewizję kablową, które wraz z informacjami o zamówionych wycieczkach dziwnym trafem również znalazły się wśród dokumentów auta, również nie spotkałyby się z życzliwym przyjęciem przez policjantów. Wszysto zakończyło się jednak szczęśliwie - rozmową telefoniczną właściciela samochodu z organami porządku i obietnicą wysłania odpowiednich papierów.
zarżnął ją nożem do krojenia chabaniny
Jednak ta niewielka, skąpana we mgle mieścina nie jest takim sennym zakątkiem, gdzie nikną wszelkie spory i waśnie, a ludzie oddają się jedynie piciu na zmianę kawy i piwa. Wczesnym rankiem, 300 metrów od akademika studenci idący na zajęcia trafili na zwłoki świeżo zamordowanej kobiety. Jak wieś gminna niesie, żona zagroziła mężowi, że od niego odejdzie. Teraz Ona leżała w kałuży krwi na chodniku, z chustką zakrywającą twarz i szyję, w którą dźgnął ją nożem On. Policja dopiero nadjeżdżała.
ciało biurokratyczne
Pierwsze starcie z absurdalną biurokratyczną rzeczywistością w tutejszym wydaniu za mną. Otóż odbył się dzisiaj poczęstunek dla wszystkich zagranicznych studentów i wykładowców z przemówieniem prezydenta miasta. Rozesłano nawet zaproszenia z odpowiednim 10-dniowym wyprzedzeniem (jesli wierzyć dacie na liście). Niestety, rozesłano je na adres uniwersytetu, a nie konkretnych studentów, tak więc muszę z żalem przyznać, że moje do mnie jeszcze nie dotarło. Tak więc o terminie spotkania dowiedziałem się od koleżanki, która swoje otrzymała na pierwszych zajęciach kursu portugalskiego (na których ja nie byłem ze względu na pomyłkę w liście rozesłanym przez prowadzącą odnośnie terminów spotkań, ale to inna historia).
Przeglądając Kasi zaproszenie zauważyłem kilka rzeczy, które mogłyby utrudnić mi uczestnictwo w tym mogącym już się nie powtórzyć spotkaniu z prezydentem. Pierwszą był fakt, że zaproszenia były imienne, tak więc nie mogłem po prostu pożyczyć od kogoś kto się nie wybierał. Drugą była konieczność uprzedniego potwierdzenia obecności na 3 dni wcześniej (tutaj jako ciekawostkę dodam, że większość ludzi, którzy otrzymali zaproszenia dostało je właśnie na jakieś 20 minut przed upłynięciem podanego terminu potwierdzenia), z której to możliwości jak się później okazało prawie nikt nie skorzystał. Część po prostu nie zrozumiała portugalskiego tekstu, a reszta (Hiszpanie) była na tyle leniwa, że nie chciało im się doczytywać do końca. Trzecią była niepewność gdzie dokładnie odbywa się to spotkanie. Oczywiście adres był umieszczony, ale niewiele mi on mówił, niestety.
W rzeczywistości jednakże odnalezienie miejsca spotkania było bezproblemowe, na wejściu o żadne zaproszenia, nazwiska czy potwierdzenia nie pytano, a porto w barku było całkiem smaczne. A i na narty jak spadnie śnieg zostałem zaproszony przez instruktora narciarskiego. Podejrzewam, że poza mną również spora część uczestników spotkania.
Czyli jak zwykle okazało się, że tu żadnymi papierami przejmować się nie trzeba, wszystko jest do załatwienia, a ludzie niczego nie utrudniają. Nawet w takich instytucjach jak urząd miejski, do wizyt w których to placówkach zawsze się specjalnie przygotowuję, np. słuchając relaksującej muzyki przed wejściem.