Pireneje, dzień XIII, 19.08.2007
Biados okazało się nie być zagłębiem hotelarsko-gastronomicznym jakiego się spodziewaliśmy, a piękną doliną w beskidzkim (znowu) stylu. Kilka wyglądających na puste i zamkniętych na głucho kamiennych chatek, rzeźba zatytułowana "Cisza" i schronisko Refugio de Biadós, przed którym spotkaliśmy Hiszpana, który ma znajomych w Legnicy i lubi Zakopane (co mnie akurat bardziej zaskoczyło).
Droga stamtąd wiodła przez dość mizerny (bo i wysokości znów znaczne) lasek do Ibon d'es Milles. Cabanę przy nim stojącą wraz z częścią tamy musiała chyba znieść jakaś lawina. Dalej ostre podejście na przełęcz Collado de Eriste, gdzie, jeśli ktoś podejdzie parędziesiąt metrów zboczem Tuca de la Forqueta, można nawiązać kontakt z cywilizacją. Było dość zimno i wietrznie, ale szczęśliwie przy położonym trochę niżej Ibon de Llaydaneta było kilka miejsc na namiot obłożonych kamieniami. I stada kozic.
Pireneje, dzień XII, 18.08.2007
Dwoma stopami udało nam się pokonać pierwsze 11 km i 1000m w pionie podejście. Najpierw zabrali nas do początku szlaku dwaj Francuzi, którzy przyjechali do Hiszpanii "for a dring & cigarette", czyli kastę browarów, rakietę fajek i benzynę. W drugim etapie szlakiem podwieźli nas dwaj hiszpańscy wspinacze, którzy busikiem sobie podjeżdżali ze sprzętem. Wysadzili nas prawie pod Lago de Urdizeto.
Pozostało nam jedynie przejście przez przełęcz Paso de los Caballos, gdzie znajduje się doskonale utrzymana cabana i zejście do Biados. Zejście tam jest typowo beskidzkie, jednak o tatrzańskich krajobrazach. W samym Biados rozbijać się nie wolno, więc musieliśmy się cofnąć kawałek wcześniej do parkingu.
Pireneje, dzień XI, 17.08.2007
Poranek był wyjątkowo rześki, więc i długo odmawialiśmy wyjścia ze śpiworów. W końcu zakończyliśmy wszystkie poranne czynności i chwilę po 10 ruszyliśmy w trasę. Wiodła ona do schroniska Refudio de Pineta, a potem stopem do Bielsy. Początkowo słońce pięknie oświetlało dolinę poniżej Goriz, ale po niedługim czasie znów pojawiły się chmury.
Początkowy odcinek to było zwykłe pedałowanie pod górę na pierwszą przełęcz (ok. 2330). Dalej zaczęło się robić mocno kamieniście i droga w praktyce przeszła w trawers wysypanego luźnymi kamieniami zbocza. Szlismy już wtedy w chmurze i widoki zdarzały się jedynie przy chwilowych przerzedzeniach. Było mglisto, wietrznie i zimno.
Przejaśniło się dopiero gdy dotarliśmy do Collado de Añisclo (2440), gdzie spotkaliśmy młodego Andorczyka z psem. Mówił, że jakieś 2 tygodnie temu wyruszył z Andory i jezscze jakieś 5 dni wakacji planuje. Mieliśmy jedynie nie wspominać psu, że jego jedzenie się kończy.
Z przełęczy dobrze widać było zbocze, które, prawie pod samym szczytem, trawersowaliśmy.
Zejście z przełęczy okazało się straszne. Wpierw "ścieżka" wiodła przez jakieś osuwające się piarżysko, a potem przez las po ogromnych kamieniach, cały czas cholernie stromo. W końcu dotarliśmy do Refugio de Pineta, gdzie w pięknych okolicznościach przyrody Valle de Pineta czekaliśmy na stopa do Bielsy.
Po niedługim czasie udało nam się złapać jakąś wypasioną Toyotę, którą przy dźwiękach nienajgorszej hiszpańskiej kapeli "Macaco" dojechaliśmy do samego centrum miasteczka. A centrum to jest super - wąskie uliczki między kamiennymi domami. Obeszliśmy je dojść dokładnie wieczorową porą, po zainstalowaniu się na ekskluzywnym campie (kafelki w łazience, ciepła woda, etc.).
Pireneje, dzień X, 16.08.2007
Wstaliśmy zaskakująco późno, bo po 8, i nie wiedzieliśmy co ze sobą począć. Możliwości były 3:
- spróbować wejsć na Monte Perdido i nocować w Refugio de Goriz
- pójść dalej w kierunku Bielsy
- opieprzać się caly dzień, a na wieczór zejść do Goriz, żeby się lepiej następnego dnia atakowało Monte Perdido
Wierzchołek Monte Perdido co chwila znikał w przewalających się chmurach, aby się po chwili znów pojawić, co nie ułatwiało decyzji. Ostatecznie ruszyliśmy do Refugie de Goriz, gdzie padła szybka decyzja - w górę!
Podejście wpierw po kamieniach, potem po skałach, a na końcu morderczo strome piarżysko, ale po jakichś 2.5 godziny udało nam się stanąć na szczycie. Widoków nie było absolutnie żadnych, bo już od połowy drogi szliśmy w chmurze.
Pozostało tylko zbiec na dół, rozbić namiot możliwie z dala od tej zgrai oryginałów w schronisku i zjeść obiad. Podczas przedłużającej sie konsumpcji ponad nami stado owiec trawersowało zbocze Monte Perdido co pewien czas zrzucając kamienie. W końcu, znalazłszy zejście, z ogromną szybkością rozlały sie po tarasie poniżej.
