Pireneje, dzień XX-XXII, 26-28.08.2007
Pozostało nam jedynie wrócić. Wpierw autobus z Benasque do Barbastro (7.05€), a potem dalej do Barcelony (12.52€). W Barcelonie noc na lotnisku, a następnego dnia zwiedzanie. Warto zainwestować w bilet T-10 (6.90€), który daje 10 przejazdów dla różnych osób, podobno działa tylko 1.25h, ale my z niego korzystaliśmy przez ponad 12 godzin.
Po kolejnej nocy na lotnisku przelot do Berlina i już prawie w domu.
Pireneje, dzień XVII-XIX, 23-25.08.2007
Mimo niezbyt zachęcającej pogody ruszyliśmy do Refugio Renclusa(2160) z nadzieją ataku następnego dnia na Aneto (3404). Niestety, pogoda pokrzyżowała nam plany i 24-ego spędziliśmy siedząc cały dzień w schronisku z poznaną dwójką bardzo sympatycznych Polaków i wyglądając przez okno.
26-ego rano już myśleliśmy, że pozostanie nam po prostu zejście na dół, koło 9 się wypogodziło na tyle, żebyśmy ruszyli w górę. Niestety, po 1.5h zrobiło się tak burzowo, że podwinęliśmy ogony i czmychnęliśmy na dół. Chyba słusznie, bo pod schroniskiem złapała nas ulewa.
Schodząc musieliśmy się przedrzeć przez stado krów okupujące szlak. Spychały się wzajemnie tak, że czekałem tylko aż któraś złamie nogę, staczając się po stoku. Ale najwyraźniej to dla nich nie pierwszyzna.
Zjechalismy do campingu Senarta, który okazał się najlepszy w okolicy. Ciepły prysznic jest, miejsca dużo i najniższe ceny (2€ za osobę + 1.70€ za namiot), czego chcieć więcej? Rozbiliśmy namiot, podsuszyliśmy się trochę i po sjeście udaliśmy do Benasque na porzadny obiad. Znaleźliśmy knajpę z menu dnia za 10€ i dostaliśmy za to pierwsze danie - sałatka wiosenna lub fasolka po bretońsku, drugie - niedopieczony (krwisty) stek z jakiejś cielęciny, deser - lody, a do tego oczywiście chleb, woda i wino. A na koniec jeszcze kawka.
Pireneje, dzień XV-XVI, 21-22.08.2007
Te dwa dni ze wzgledu na kiepską pogodę i jeszcze gorsze prognozy na najblizsze dni spędziliśmy w okolicach Benasque. Nocowaliśmy na campie Ixaxa (lepszy pod każdym względem od pobliskiego Aneto, ale droższy od trochę dalej położonego Senarta). Z rozrywek to stopowaliśmy do Benasque na spacer po mieście, Michał uczył się do egzamu, Kornalia czytała Kapuścińskiego, a ja stosy obecnych tam hiszpańskich National Geographic.
Pireneje, dzień XIV, 20.08.2007
Rano w pięknej pogodzie ruszyliśmy na Possets. Plecaki zostawione gdzieś po drodze, żeby nie przeszkadzały i droga na lekko. Po jakimś 1.5h stanęlismy na szczycie drugiego najwyższego szczytu Pirenejów (3369). Wiało straszliwie, więc długo nie zabawiliśmy. Widoczność świetna, jedynie Aneto (pewnie jak zwykle) w chmurach.
Schodząc natknęliśmy na małe stadko krów. Tym razem nie obyło się bez zdjęć tych królowych pirenejskich grani. W ogóle, zwierzęta hodowlane (krowy, owcy, konie) można spokojnie zobczyć i na 2900, a pewnie i wyżej, tylko nie mieliśmy okazji. Człowiek wychodzi zmęczony na przełęcz, jest z siebie dumny, że tak wysoko, cały świat u jego stóp, etc. A tam krowa patrzy na Ciebie tym swoim pustym wzrokiem.
Przy schronisku Refugio de Angel Oroz się nie rozbijaliśmy, bo nie było wolno. W sumie dobrze, bo schronisko było dziwnie ogromne, puste, dziwny wystrój, a na dodatek w remoncie. Zeszliśmy więc w dół wypatrując jakiegoś dobrego miejsca. W ogóle zasady rozbijania się w parku Possets - Maladeta, w którym aktualnei przebywalismy są takie - można rozbijać sie na wysokości powyżej 2200, ponad 500m od schoniska.
Niestety, szukając miejsca zeszlismy juz poniżej 2200 i pojawiły się tabliczki o zakazie biwakowania i w końcu rozbiliśmy się nieopodal Eriste, w miejscu gdzie szlak przechodzi przez rzekę po starym moście. Miejsce super, osłonięte krzakami, ale najlepsze było miejsce do kąpieli w potoku powyżej. Prawdziwy basen z prysznicem.
