Mérida
Ta wielka metropolia (ponad 750 tys. mieszkańców) nie jest tak obrzydliwym molochem jak można by się spodziewać. Całe centrum to równa, niska zabudowa, oczywiście nie ma dwóch domów takiego samego koloru obok siebie. Wszystko jakby budowane na prawie magdeburskim - równe kwadraty, ulice numerowane po kolei, parzyste w jedną stronę, nieparzyste są do nich prostopadłe, każda jednokierunkowa. Jak znasz adres to bardzo łatwo wszędzie trafić (bo taksówkowa metryka odległości zawsze wypada jako najkrótsza).
Palenque
Mała dziura. Ani specjalnie malownicza, ani ciekawa, ale i tak zjeżdżają się tu turyści za sprawą pobliskiego kompleksu piramid Majów. Jak zwykle kompleks wygląda tak, że chodzimy sobie po dżungli i oglądamy co już odkopano (ponoć na razie zaledwie 30%). Jak zwykle, wygląda to fajnie i malowniczo. A pogoda, mimo października, jak w saunie. Też jak zwykle.
A poniżej rozwiązanie zagadki „jak to możliwe, że te wielkie piramidy były ukryte w dżungli przez tyle lat?”. Akurat nie tyczy się ona dokładnie Palenque, bo to miejsce zostało „znalezione” od razu, ale wiele ruin miast Majów wymagało „odkrycia”. Wyjaśnia to poniższe zdjęcie, które można oznaczyć podpisem „tak wygląda typowa nieodkopana piramida”.
San Cristóbal de las Casas
Urocze postkolonialne miasteczko. Niska zabudowa, wąskie, równe, brukowane uliczki - podobnie jak Antigua, ale mniej turystów i zachowały się zabytki. Jednak tak jak Antigua sprawia wrażenie turystycznej szopki, tak po San Cristóbal widać, że żyje własnym życiem.
Widać również, że było one okupowane przez najsłynniejszego meksykańskiego komuszka - subcomandante Marcosa. W całym mieście można zobaczyć jego podobiznę w postaci graffiti, pocztówek, koszulek, bądź plakatów. Rewolucja jest też wiecznie żywa w wystroju i nazwach knajp, czy backpackerskich hosteli. Można nawet dokonać zakupu szmacianej lalki przedstawiającej jego postać, co niestety mi osobiście się nie udało.
Tapachula
Humory na tyle dobre, że nawet wizja przechodzenia ponownie przez paskudną Tilapę nie przeraża. W końcu okazało się, że nawet tego uniknęliśmy, w zamian pokonując część drogi łódką.
Na przejściu granicznym z Meksykiem gwatemalscy pogranicznicy oczywiście próbowali wymusić „opłatę manipulacyjną”, ale jakoś tak bez przekonania i entuzjazmu. Wyśmiani szybko spasowali. Najbardziej jednak nas rozbawiła Amerykanka, której hiszpański akcent spokojnie przewyższał dokonania lingwistyczne Brada Pitta w „Inglorious Basterds”. Nie ma szczęścia ten naród do nauki języków.
A Tapachula to po prostu duża dziura. Nic ciekawego - miasto, spaliny, tłok, jedyne co zaskakujące to publiczne darmowe wi-fi na placu i amerykański żul z iamwalking.org, który naciągnął nas na 2 pesos.
Tulum
Tulum to położona nad Morzem Karaibskim miejscowość słynąca z leżących nieopodal ruin miasta Majów. Nie są to budowle jakoś specjalnie imponujące, choć w XVI wieku Hiszpanie myśleli, że to prawdziwe El Dorado i szacowali nawet, że mają do czynienia z miastem większym od ówczesnej Sewilli. Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, ale ruiny mimo wszystko wyglądaja niesamowicie, stojąc na 15 metrowej skalnej skarpie.
Niestety, mimo że już poza sezonem, to nadal naokoło pełno turystów, zwłaszcza na plaży pod ruinami. Szczęśliwie kilometr dalej ciagnęła się piękna, pusta i czysta plaża, gdzie nikt nikomu nie przeszkadzał. Woda spokojna, fale bez rewelacji, gdyż całość otoczona jest rafami, na których za pierwszą wizytą rozbiła się hiszpańska armada.