Chichen Itza
Zostałem przed wyjazdem ostrzeżony, że te ruiny Majów zostały zamienione w wyciskarkę pieniędzy z turystów i lepiej je sobie odpuścić, ale podeszliśmy do tego sceptycznie. Niesłusznie - zdecydowanie najgorsze doświadczenie spośród wszystkich atrakcji tego typu jakie widzieliśmy.
Szczęśliwie na miejscu byliśmy już o 8 rano, kiedy nawet miejscowym sprzedawcom turystycznego badziewia nie chciało się jeszcze wstać i udało nam się w dość spokojnej atmosferze obejrzeć większość kompleksu. Niestety, trzeba się ograniczyć tylko do oglądania, bo na żadną z piramid nie można się wspiąć.
Zobaczenie na koniec całej szopki związanej z wysypującymi się z kolejnych autobusów wycieczkami, które przedzierały się przez szpalery nagabujących sprzedawców, przechyliło czarę goryczy. Zdecydowanie nie polecam. Chociaż ma swoje plusy, oczywiście. Do nich zalicza się m.in. dobrze zachowane wielkie boisko do „kosza”.
Valladolid
Małe miasteczko, dwie ważniejsze ulice i główny plac. Poza tym atrakcji generalnie brak, poza okolicznymi cenotes, które jednakże również okazują się być bez szału. Niby malownicze i ładne, ale jakoś kiepsko się pływa, woda zimna, etc.
Ale udało mi się uchwycić na zdjęciu maszynę do produkcji tortilli:
Cenotes de Cozama
Cenotes miejscowi tłumaczą po prostu jako „water hole”, co w sumie oddaje postać rzeczy. Są to podziemne groty, w których gromadzi się woda. Kiedyś miejscowi korzystali z nich jak ze zbiorników, teraz są jedynie atrakcją turystyczną.
My odwiedziliśmy trzy takie „cysterny”. Wyglądały dość podobnie - duża jaskinia z różną ilością zwieszających się z sufitu stalaktytów, otwór w suficie przez który wpada snop światła rozświetlający wnętrze (a czasem też zwisają korzenie rosnących na powierzchni drzew) i niesamowicie wprost błękitna woda.
Ważnym dla odwiedzających elementem są również drewniane platformy, z których można skakać do wody. Bo, o czym nie wspomniałem, wizyta nie polega na oglądaniu, a na pływaniu w tym podziemnym basenie. Skakać (z różnych wysokości) też śmiało można, bo zwykle jest głębiej (miejscami znacznie głębiej) niż 3-4 metry, z czego skwapliwie korzystaliśmy.
W samym Jukatanie takich miejsc jest ponoć pierdyliard (czyt. ponad 300), co może wyjaśniać całkowity brak wzmianki w przewodniku akurat o naszym.
Uxmal
A właściwie to Óoxmáal, czyli po prostu kolejne siedlisko Majowych piramid. Od pozostałych wyróżnia je ogromne nagromadzenie dystyngowanych jaszczurów i zachowane boisko do gry w kosza. Tak, to właśnie ta gra, w której ponoć przegrani szli pod nóż. Jakkolwiek Majowie traktowali te rozgrywki bardzo poważnie, to jest to dość duża hiperbola. Działo się tak generalnie w przypadkach, gdy nałapali jeńców wojennych, których część i tak miała być złożona w ofierze i gra po prostu decydowała, którzy będą tymi szczęśliwcami. Poza tym gra ta często rozwiązywała konflikty i spory, a ponoć czasem nawet wojny.
W Uxmal udało mi się zrobić zdjęcia umacniające teorię, że całe te ruiny Majów, to po prostu spisek miejscowych, którzy budują je, aby przyciągnąć turystów, a całe to „odkryto kolejną piramidę” to jedna wielka ściema. Poniżej, potomkowie Majów budujący ruiny piramidy.


