14.10.2007, Muktinath → Jomsom
Nasz szaleńczy plan wstania o 6 rano wziął w łeb, bo nie dość, że w nocy mocno padało (co się dzieje z tym monsunem, do jasnej cholery!), to rano całe miasteczko było w chmurze. W takiej sytuacji plany fotografowania misternych buddyjskich świątyń przy delikatnym świecie poranka wzięły w łeb. Gwoli ścisłości, należy przyznać, że takie zjawisko jak "delikatne światło poranka" tutaj w ogóle nie występuje, bo gdy już słońce wychyli się zza szczytów i oświetli doliny, to stoi już całkiem wysoko i ostro świeci.
Zostało nam więc śniadanie o 8 rano z pierożków momo i spacer po zamglonym Muktinath. Przy śniadaniu przyuważyłem naklejkę firmy Pajak (której bym chciał w tym momencie serdecznie podziękować za doskonale się sprawujący plecak Kalahari 60+15, z którym spędziłem te 5 tygodni w Nepalu) na oknie restauracji. Fajny taki polski akcent.
W górnej części Muktinath znajduje się ogrodzony murem z drutem kolczastym (może celem ochrony przed innowiercami) kompleks świątyń buddyjskich i hinduistycznych. W jednej z ważniejszych buddyjskich - Jollo Muki Gompa - płonie gaz wydobywający się prosto z ziemi (brzmi to szumnie, a w istocie jest to jedynie ledwo widoczny płomyczek gdzieś w dziurze pod ołtarzem), a w największej hinduistycznej - Vishnu Mandir - jest 108 źródeł wody (czyli 108 różnie zakończonych rur najprawdopodobniej czerpiących wodę z tego samego potoku) służących do ablucji. Poza tym znajduje się tam wiele innych gomp (świątynie buddyjska), shinkhar (świątynia hinduistyczna), stump i czortenów (monumentów). Wszędzie wchodzi się bez butów i nie wolno fotografować. A wszystko w pięknych kolorach złotej polskiej jesieni, sam nie wiem jakim cudem, bo nigdzie wcześniej i później takich złotych liści na drzewach nie widzieliśmy.
Koło 11.30 ruszyliśmy do Kagbeni. Krajobraz się zrobił zupełnie inny niż w Manangu, pustynny. Droga była szeroka, samochodowa i potwornie nudna. Na początku trawersująca wzdłuż zbocza, a potem stromo w dół do Kagbeni. W Kagbeni od razu poszliśmy do reklamowanej szeroko restauracji i kawiarni internetowej Yac Donald's. Ceny internetu potworne (prawie złotówka za minutę), ale to jedyna możliwość kontaktu z tzw. światem cywilizowanym.
W Kagbeni, poza Yac Donald's, znajduje się pełno małych zaułków, w których można się łatwo zgubić, ale udało nam się w końcu trafić do tzw. bramy do Upper Mustang. Wygląda imponująco, ale nie wystarczająco, żebym był skłonny zapłacić 700 dolarów za pozwolenie spędzenia w tej dolinie 10 dni. Równie imponująco wygląda koryto rzeki Kali Ghandaki, którym ruszyliśmy do Jomsom. Droga strasznie nużąca, praktycznie bez żadnych urozmaiceń, poza silnym wiatrem prosto w twarz i doskonałym widokiem na Nilgiri North (7061).
W Jomsom dwa punkty sprawdzania permitów oddalone od siebie o dziesięć metrów i burżujska kolacja - czosnkowa i mięsne momosy. To drugi dzień pod rząd z prawdziwym mięsem! Na dodatek nasz lokal zawiera również German bakery
, więc rano pewnie będą równie burżujsko bułki i rogaliki. I jeszcze niskie ceny, choć to pewnie tylko chwilowo, przed przejściem do ABC.
13.10.2007, Thorong Phedi High Camp → Muktinath
Poprzedniego wieczoru zagadał nas jeden młody tragarz. Niedługo kończy 20 lat, normalnie pracuje jako przewodnik, teraz wyjątkowo się najął do noszenia (bycie przewodnikiem to większa estyma, niektórzy się obruszają jeśli ich z tragarzami pomylić). Jako przewodnik pracuje od 3 lat, a jako tragarz jeszcze dłużej. W końcu była okazja dowiedzieć się ile nosi taki zwykły porter - okazuje się, że nie tak dużo, ten chłopak nigdy nie bierze więcej niż 25kg, ale też rzadko poniżej 20. Mówił, że taka typowa jednostka to 21-22kg. I tyle na temat bajek o legendarnych ciężarach dźwiganych na codzień przez Szerpów ;)
Rano wyszliśmy na śpiochów. Najpierw o 7.20 ktoś zaczął dobijać się do naszych drzwi z pytaniem czy nie zaspaliśmy i czy idziemy na przełęcz. Mówimy mu, że jeszcze nie, że mamy pełno czasu i przewracamy się na drugi bok. Pół godziny później sytuacja się powtarza. Widok Białych Sahibów śpiących do 8 jest tutaj szokujący. I rzeczywiście, jak wstaliśmy to jednymi turystami byli Ci, którzy właśnie doszli tutaj na nocleg (sic!). Fenomen ten jest spowodowany tym, że we wszystkich przewodnikach piszą, że podejście na przełęcz jest długie i żmudne, a dodatkowo od 11 wieją tam huraganowe wiatry. Z naszego doświadczenia wynika, że przy dobrej aklimatyzacji na przełęcz jest rzut beretem (2h z plecakami), a wiatry wieją takie same o 14, jak o 9. Ale i tak praktycznie wszyscy wstają o 4 rano, aby wyruszyć przed 5, przy świetle czołówek.
Ruszyliśmy dopiero o 10.30 ze względu na pewne nieporozumienie w kuchni (zrozumieli, że chcemy śniadanie na 10, mimo że kilkakrotnie powtarzałem, że ma być za 10 minut) i na przełęcz doszliśmy w niecałe 2h. Generalnie osiągnięcie przełęczy nie jest tak wielkim wyzwaniem jakie z niego robią przewodniki, czy napis na szczycie
. Jak ktoś się nie czuje na siłach, to w High Camp oferowane są nawet konie i osły, aby wwieźć delikwenta na górę (a dla wyjątkowo leniwych - również zwieźć na drugą stronę). Przewodniki natomiast nie kłamią na temat widoków, które (gdy pogoda dopisze) są przednie.

Co jednak dla nas było najważniejsze, to przełęcz była mityczną bramą z powrotem do cywilizacji. Odgraniczała ostatni tydzień zimnych nocy i braku prysznica od świata ciepła, gorących kąpieli, taniego żarcia i dostępnego mięsa. Zostało nam jedynie zejść na dół, żeby cieszyć się tym lepszym światem. Z tym jednakże wiązały się groźby Wiśni z ostatnich dni, który od 3 dni za każde nasze przewinienie zapowiadał nam z Michałem regularnie wpierdol po przekroczeniu przełęczy. I rzeczywiście, Michał schodził z podbitym okiem, a jak z zakrwawionym nosem. Swoją drogą, tamowanie krwotoku rozrzedzonej przez wysokość krwi jest znacznie trudniejsze niż normalnie.

Ale w kocu doszliśmy do Muktinath i wszelkie swary zostały z tyłu. Zbyt późno niestety by dostać miejsce w luksusowym hotelu Bob Marley (przeszklone drzwi, stół bilardowy, kafelki w łazience i inne nikomu niepotrzebne, ale cieszące, luksusy) i wylądowaliśmy w Mona Lisa Hotel. Kulinarnie zaszaleliśmy i wzięliśmy stek z jaka - podawany na gorącej patelni (w jakiejś drewnianej obudowie, żeby się nie oparzyć) z pieczonymi ziemniakami i warzywami oraz wrzącym jeszcze sosem. Mięso może samo w sobie nie było jakieś wybitne, ale na taką potrawę czekaliśmy bardzo długo. W dodatku spożywaliśmy go przy stole, pod który włożone były rozżarzone węgle i wysarczylo włożyć nogi pod "obrus", aby poczuć błogie ciepło. A w głośnikach Bob Marley. Ach, znowu można się czuć prawdziwie Białym Sahibem.
12.10.2007, Thorong Phedi Base Camp → Thorong Peak → Thorong Phedi High Camp
Dziś dzień rekonesansu i, jeśli warunki pozwolą, ataku na Thorong Peak (6032/6207). Pobudka o 5.30, o 6.10 ruszyliśmy z Base Camp do High Camp, tam przepak i koło 8 ruszaliśmy w kierunku przełęczy wyposażeni w podręczne zestawy zdobywaczy szczytów. Na przełęcz Thorong La dotarliśmy w półtorej godziny, w doskonałej formie, więc sytuacja psycho-fizyczna rokowała nieźle. Chmury znad Thorong Peak przewiewało i chwilami było widać cały szczyt, po drodze też były niezłe widoki, więc padła decyzja, żeby napierać.
Szybkie przygotowanie w budce z herbatą na przełęczy Thorong La (podobno najdroższa herbata w Nepalu - 4zł za kubek bodajże) - drugie śniadanie, założenie stuptutów oraz raczków (które śmiało mogą konkurować o tytuł najgłupszego pomysłu wyjazdu) i ruszamy w górę. Wpierw przez małe garbki, na których miejscami wystawały spod śniegu kamienie a miejscami było śniegu po pas. Ale humory dopisywały, entuzjazm był i torowałem drogę z uśmiechem na ustach.


Dalej zaczęło się faktycznie podejście - wybijanie stopni w stoku o około 60-stopniowym nachyleniu. Miejscami było to problematyczne, gdy pod cieniutką warstwą sypkiego śniegu trafiałem na oblodzone skalne płyty i, nie mając o co oprzeć nogi, zjeżdżałem metr lub dwa. Jednak metodą prób i błędów, przy akompaniamencie mruczanych pod nosem przekleństw, czasami po naprawdę minimalnych stopniach i z wyobraźnią podsuwającą różne możliwe wypadki szliśmy dalej. Michał zaraz za mną na tyle blisko, że bałem się, że przy jakiś mocniejszym zjeździe go podetnę, Wiśnia coraz bardziej z tyłu, często przystawał dla złapania oddechu.
Po przejściu najostrzejszego odcinka znaleźliśmy jakieś relatywnie płaskie miejsce, usiedliśmy na plecakach i czekaliśmy na Wiśnię. W pewnym momencie wyłoniła się zza krawędzi jego wymęczona twarz, po czym zaraz padła w śnieg. Niepokojące było to, że był jedynie jakieś 5-6 metrów pod nami i jeśli nie mógł podejść tego kawałka, żeby usiąść z nami, w o wiele wygodniejszym miejscu, to musiało być z nim naprawdę kiepsko. Zszedłem do niego, słabym głosem jedynie wysapał, że chciał herbaty, skoczyłem więc do Michała po termos i nalałem mu. Wiśnia popił herbaty, zjadł snickersa i niby wyglądał lepiej, ale ręce mu ciągle drżały i nie sprawiał wrażenia, że byłby w stanie sam spokojnie zejść na dół. W jego przypadku dalsza droga na górę była już całkowicie wykluczona. Szybka decyzja i sprowadzam go na dół. Jeszcze tylko krótka rozmowa z Michałem, wybicie mu z głowy postawy "albo wszyscy wchodzimy, albo wszyscy schodzimy", podział wody, uścisk ręki, życzenia powodzenia i tak rozstaliśmy sę na 5800, jakieś 200m pod domniemaym szczytem. Żal, że tak blisko.

Włożyłem swój plecak do Wiśniowego, zarzuciłem ten dugi na plecy i schodzimy. Było kilka paromerowych zjazdów w oblodzonych miejscach i ciężkie przedzieranie się przez rząd śnieżnych garbów, ale generalnie spoko. W teahousie na przełęczy chwilę poobserwowaliśmy jak Michał brnie dalej do góry, ale nie dało się tam długo wytrzymać ze względu na silny wiatr, więc zeszliśmy do High Campu. Po drodze chyba rozszyfrowaliśmy zagadkę różnych kot wysokościowych Thorong Peaku - obie (6032 i 6207) są prawidłowe, po prostu odnoszą się do dwóch różnych wierzchołków.
W High Campie spotkaliśmy kilku Polaków, zjedliśmy coś, miło sobie pogadaliśmy i w momencie gdy już chcieliśmy wyruszać na poszukiwania to jakoś przed 18 wrócił Michał. Okazało się, że koło 15 stanął na szczycie (tym 6207) i tym samym sprawił, że nasza wyprawa zakończyła się sukcesem, szkoda tylko, że bez mojego osobistego wejścia. Ale, jakby pewnie napisał nasz ulubiony pisarz literatury górskiej - notorious A.L., zwyciężył rozsądek i przyjaźń, a nie ambicja i brawura. Ja jedynie napiszę, że zrobiliśmy to co było trzeba.

Niestety, potwierdziła się też maksyma, że najwięcej wypadków zdarza się na zejściu, gdyż Michał poślizgnął się na lodzie, i zjechał jakieś 200-300 metrów po stoku. Szczęśliwie ta potencjalnie śmiertelna sytuacja (wystarczyło, że zniosłoby go na lewo...) nie zakończyła się tragicznie. Ba, praktycznie bez obrażeń.
11.10.2007, Letdar → Thorong Phedi Base Camp
Wstaliśmy jakoś przed 9 i od razu szok kulinarny. Niektórych pozycji z menu "się nie robi" na śniadanie. Ech, standardy lecą w dół wraz z wysokością i ilością turystów. Trudno być Białym Sahibem o krok od przełęczy.
W czasie naszego śniadania za oknem przewalały się tłumy turystów. Ciekawe jak będzie z miejscami w hotelikach w Thorong Phedi. No i z prysznicem. Choć, szczerze pisząc, wizja czystości mojej osoby mentalnie wiąże się z przebyciem przełęczy. Wcześniej niezbyt na to liczę, a "po drugiej stronie" raczej nie usłyszymy już sformułowania "bucket shower".
Rzeczywistość wprowadziła pewne korekt do Kurczabowskiego opisu trasy:
Dolny hotelik Thorong Phedi już nie istnieje, bo szlak prowadzi znów (tak jak "stary" sprzed X'99) w dół przez most na prawy brzeg Kone Khola i tym brzegiem dochodzi do Thorong Phedi Base Camp. Jest to prawdopodobnie spowodowane rozległymi osuwiskami ziemi na lewym orograficznie brzegu rzeki.
Po jakichś dwóch godzinach dotarliśmy do Thorong Phedi Base Camp i zajęliśmy jeden z ostatnich pokoi (a przynajmniej tak twierdził kiero, kto go tam wie jak było naprawdę, choć tłumy turystów naokoło zdawały się potwierdzać jego wersję). Jako, że była dopiero 12 to, mimo rozpoczynającego się opadu śniegu, stwierdziłem że podskoczę do wyższego hotelu High Camp. Gdy tam dotarłem to postanowiłem tak aklimatyzacyjnie pójść dalej i dotarłem na jakieś 5000 w kierunku przełęczy. Nic specjalnie ciekawego nie było, padający śnieg zasłaniał ewentualne widoki, więc gdy ścieżka przestała się wznosić to zawróciłem do High Camp, zarezerwowałem pokój na jutrzejszy nocleg i uciąłem sobie pogawędkę z ponownie spotkanym wiedeńskim Żydem. Podniósł mnie na dachu mówiąc, że poprzedniej nocy w Yak Kharce mieli równie kiepskie warunki jak my w Letdarze.
Potem do wieczora już tylko siedzenie we wspólnej sali (bo ciepło), czytanie książek (zostawionych tutaj przez turystów) i próby ignorowania dochodzących zewsząd zapachów jedzenia. No i wieczory Dhal Baat, przy którym mieliśmy niezły ubawe obserwując jak jakiś miejscowy kantował wynajmujących go Hiszpanów w remi-brydża. Niby nie znał tej gry, ale robienie podkładów i podmienianie kart miał świetnie opanowane. Ale zbyt długo nie pograli, bo poszli wcześnie spać, bo następnego dnia z rana (o 4) miał ruszyć wyścig tragarzy na Thorong La. Oczywiście z ładunkami.
10.10.2007, Kyangshar → Letdar
Wczorajszy wieczór spędziliśmy w towarzystwie pozostałych gości hotelu Tilicho Peak: trójki Czechów i parki Austriaków (a właściwie, jak się później okazało nie Austriaków, a Niemki i Żyda, po prostu poznali się studiując w Wiedniu). Normalni ludzie, po prostu sobie przyjechali po górach pochodzić, Czesi pierwszy raz, a "Austriacy" podróżują tak już od dłuższego czas, ale żadnego skrzywienia nie dostali. Przyjemna odmiana po bandzie freaków, z którymi mieliśmy do czynienia parę dni temu.
Pogadaliśmy o sytuacji politycznej w Nepal, co w nim można robić ciekawego poza chodzeniem po górach i dlaczego Nepal bije na głowę wszystkie Tajlandie, Kambodże, Laosy, czy inne Wietnamy. Bo bije. Podobno.
Rano ostre momosy na śniadanie i o 9.30 ruszyliśmy w drogę. Najpierw 'seasonal trail' do Yak Kharki. Po jakiejś godzinie natrafiliśmy na kompletnie wymarłą, pustą (jeśli nie liczyć kozich "śladów") wioskę. Pootwierane i wymiecione ze wszystkiego domy sprawiały wrażenie niezamieszkanych, choć na polach nieopodal pracowali jacyś ludzie.
Ścieżka wiodła dalej brzegiem Marsyandi, aż do małego drewnianego mostku, który wyprowadził nas na szlak Manang - Yak Kharka. Yak Kharka (co oznacza po prostu "pastwisko jaków" i przez to jest dość popularną nazwą) okazała się skupiskiem hoteli raczej niż wioską. Zjedliśmy tam jakieś wyroby piekarniano-cukiernicze i pokonwersowaliśmy znowu ze spotkanymi wczorajszego wieczoru "Austriakami" o zmianach w Polsce i Europie Wschodniej w ostatnich latach, polityce, sile waluty, wprowadzeniu euro i innych, podobnie lekkich, tematach. W końcu wyruszyliśmy do Letdaru i to był błąd.
Letdar to po prostu trzy hoteliki najwyraźniej ścigające się kto zaoferuje niższy standard. Oczywiście w żadnym nie ma prysznica ani ciepłej wody, w jednym zaoferowali nam pokój gorszy niż by mieszkać w piwnicy w moim bloku, a w drugim kręcąc głową zaoferowali nam Dhal Baat "już" za dwie godziny. Trzeci natomiast prezentował się na tym tle odpychająco. Trzeba chyba było zostać w Yak Kharka.
Z pozytywów, to mogliśmy sobie z bliska obejrzeć w końcu osławione jaki. Potrafią być one podstawą egzystencji pasterzy w wyższych partiach gór. Ze skór tworzą oni sobie ubrania i namioty, z sierści plotą sznury, mięso, mleko i tworzone z niego masło spożywają, a jacze łajno płonie w ich ogniskach. No, jeszcze ładunki noszą i są doskonale przystosowane do życia na wysokościach powyżej 4000. W sumie, to tylko do życia na wysokościach, bo po sprowadzeniu niżej szybko chorują, przegrzewają się w swoich futrach i giną.

