23.10.2007, Chomrong → Pokhara
Wstaliśmy o 6.30 z delikatną nadzieją spędzenia następnej nocy w pokharskiej cywilizacji. Na śniadanie, tak jak i na kolację poprzedniego wieczoru, spaghetti. Z drobną inwoluntarną zmianą - pomylono zamówienia i dostaliśmy przypadkowo inną, bogatszą wersję. Chciałem to dopchnąć jakimś white rollem czy innymi bon-bonami, ale okazuje się, że o poranku miejscowi mają lepsze rzeczy do roboty niż obsługiwać w sklepie. Nie to, żeby sklepy były pozamykane, były otwarte na oścież, tylko obsługi nigdzie nie było widać.
Zaczęliśmy schodzić koło 8 drogą wiodącą cały czas mniej lub bardziej wzdłuż rzeki wśród tarasowych pól. Gdzieś po drodze był znak, że w Syauli Bazar można złapać taksówkę, co oznaczałoby, że wieczór byśmy spędzili już w Pokharze.
Gdyby to było prawdą. Gdy koło 13 doszliśmy do Syauli Bazar, to nie było śladu jakiejkolwiek drogi, po której cokolwiek mogłby jeździć. Zjedliśmy więc jedynie drobny lunch i ruszyliśmy dalej w dół. Raczej już pozbawieni złudzeń co do wieczoru w wielkim mieście.
Do Birethanti dotarliśmy chwilę po 14 i po dowiedzeniu się, że do Naya Pool jest jakieś 15 minut, a stamtąd o pół godziny (czyli co nepalską jednostkę czasu - czytaj "co jakiś czas") odjeżdżają autobusy do Pokhary. Decyzja zapadła od razu - jechać! Jeszcze tyko w Naya Pool przejść przez maoistowską blokadę (bez problemu łyknęli paragony od poprzedniego wymuszenia) i paskudne slumsy i jesteśmy na 'przystanku'. Autobus przyjechał po chwili, lecz wolne miejsca miał jedynie na dachu. Nie wybrzydzaliśmy jednak, wgramoliliśmy się na górę i jedziemy. Co mieliśmy pod ręką to ubraliśmy na siebie, bo wiało nieźle w czasie tej dwugodzinnej podróży. Nasz kierowca jeździł ostro i na tej wąskiej, krętej drodze wyprzedzał inna autobusy nawet na zakrętach.
Krajobrazy 'za oknem' kojarzyły mi się mocno marokańsko - domy to takie odlane z betonu, wygladające jednak na prowizoryczne, budy - na dole "garaże", w których przy otwartych wrotach ludzie jedzą obiady, albo prowadzą sklepy, pełno różnych slumsowatych konstrukcji z blachy. Ogólnie rzecz ujmując - czystość i piękno surowych gór zastąpiły teraz brud, smród i ubóstwo naszej wspaniałej tzw. cywilizacji.
W Pokharze wzięliśmy taksówkę do turystycznej dzielnicy Lakeside i, z braku lepszych pomysłów, daliśmy się zawieźć do hotelu polecanego przez taksówkarza. Okazał się on (hotel, bo taksówkarz raczaj nie bardzo) czysty, schludny, ze świetną łazienką i doskonałym Dhal Baatem (docenionym nawet przez takich koneserów jak my, pewnie również ze względu na pewne novum - przypominający zsiadłe mleko jogurt, świetnie kojący po tej dość pikantnej potrawie). Po niezwykle sycącej kolacji udaliśmy się zobaczyć co słychać w wielkim świecie, czyli skierowaliśmy się do najbliższej kafejki internetowej (RS60 za godzinę). Takie kafeje to tutaj ciekawa sprawa. Poza ceną nie ma żadnej różnicy między przybytkiem w jakiejś zapomnianej przez bogów i ludzi wsi, a podobną instytucją w szóstym co do wielkości, a drugim co do turystycznej atrakcyjności mieście Nepalu (czyt. Pokharze). Połączenie tak samo kiepskie i co chwilę przerywające. Do przeglądania poczty na gej-mejlu trzeba używać interfejsu dla telefonów komórkowych, chociaż czasem, trzeba przyznać, udaje się załadować basic HTML view
, ale to już zależy od indywidualnego poziomu szczęścia.
Annapurna Base Camp
22.10.2007, MBC → ABC → Chomrong
W nocy spadł śnieg i ubogacił nam poranną wycieczkę do ABC, o którym trzeba powiedzieć bez żadnej przesady, że widokowo prezentuje się przezacnie. Piękna panorama na wszystkie (sic!) strony - zaczynając od naszej ulubionej Machapuchary(6993) dalej w lewo mamy Glacier Dome (7193), Annapurna II (7937), Tent Peak (5500), Fluted Peak (6501), Annapurna I (8091), Annapurna South (7219) i Hiunchuli (6441). Wszystko skąpane w poranym świetle (świeżo po przejściu z wyjątkowo kiczowatego pomarańczowo-czerwonego światła z samego wschodu słońca - często opisywany efekt 'rozpalenia' szczytów). Jedyny minus to, że jest strasznie zimno i jak skończyłem robić zdjęcia, to prawie nie czułem palców. Ale to nic czego by nie uleczył krótki pobyt w ciepłym dining hall i paczka suszonych moreli. W międzyczasie wyszło słońce nad samym ABC, tak więc gdy opuszczaliśmy przytulny dining hall to czułem się jakbym gdzieś na narty wyjechał - ciepło, naokoło śnieg i piękna pogoda.
Wiśnia nakręcił też aparatem panoramkę, która niestety jest kiepskiej jakości, ale pozwala sobie uzmysłowić rozłożenie okolicznych szczytów. Pełen surround.
Jak zbieraliśmy się do wyjścia z MBC to nadeszli Marta z Tomkiem z ekipy polsko-malezyjskiej. Chu miał po drodze drobne problemy związane ze śniegiem. Jako osoba z tropików nie wierzył w istnienie gór wiecznie pokrytych śniegiem i myślał, że to tylko fotomontaż na użytek kiczowatych kalendarzy. Można sobie wyobrazić jego zdziwienie w Himalajach. Poza tym, jako że pierwszy raz widział śniego na żywo na przełęczy Thorong La, to miał poważne problemy z poruszaniem się po tej podejrzanej nawierzchni. Stawianie niepewnych, ostrożnych kroków tlko te problemy pogłębiało. Naturalnym jest więc, że po nocnym opadzie śniegu został z tyłu na podejściu.
W końcu jakoś przed 11 zaczęliśmy zbiegać na dół z MBC. Zbiegać, bo tempo mieliśmy całkiem niezłe, pchała nas do przodu myśl o cywilizacji, która czeka na nas w Pokharze. Dzięki temu koło 16 wylądowaliśmy w Chomrongu, w ten sposób zaliczając 3 Kurczabowskie dni w jeden. Wszystko to tylko kwestia motywacji.
Z chwilą gdy weszliśmy w końcu po piekielnie długich schodach na szczyt Chomrongu i dostaliśmy pokój w hotelu to lunął deszcz. Czekając na obiadokolację bezczelnie podsłuchałem rozmowę białych z ich miejscowym przewodnikiem. Okazuje się, że postęp tu idzie w dziwną stronę. Jeszcze 10 lat temu małżeństwa były zawierane z wyboru młodych, a teraz to już nie bardzo. A zdziwiona mina jaką zrobił autochton na wieść, że w Europie można mieć dzieci bez zawierania małżeństwa była świetna.
21.10.2007, Bamboo Lodge → MBC
Ruszyliśmy o 8 z Bamboo i, skracając praktycznie wszystkie czasy o połowę i mijając długi węże turystów, na 13 byliśmy już w MBC gdzie zajęliśmy ostatni wolny pokój, czyli opłacało się wyciągnąć nogi na podejściu. Niesety, poza tym, że, jak twierdził kiero, spał w nim kiedyś Kukuczka przed zdobywaniem Annapurny, to w hotelu nie ma nic ciekawego - miniaturowe pokoje, duża wspólna sala, stosik starych czasopism i drogie (choć nie dorównujące tym pod Thorong La) menu. Widoków również brak, jeśli nie liczyć krótkich chwil gdy wyłania się spomiędzy chmur jakaś ostra, wysoka turnia, o którą zapytany kiero odpowiada lekceważąco - Little Mountain
.
Później zrobiło się zimno i zaczał sypać grad, więc po Dhal Baacie chłopaki poszli do pokoju, zawinęli się w śpiwory i grali w "kraje, miasta". Jest to rozrywka
, którą uważam za idiotyczną gdy ma miejsce na papierze, co niestety nie pozwala mi na znalezienie odpowiedniego określenia dla czynności jakiej oddawali się moi współlokatorzy.
20.10.2007, Gurajun → Bamboo Lodge
Poprzednie popołudnie i wieczór czułem się naprawdę jak w Azji Południowo-Wschodniej. Chwilami jest taki krajobraz, że ciężko uwierzyć, że jest się w Himalajach, ale czasem jest tak, że ta świadomość bycia tysiące kilometrów od domu uderza. Właśnie tak jak tego wieczoru - równa ściana deszczu, a ja stoję na gangu jednego z domów rozrzuconych po soczyście zielonych, tarasowych, zalesionych wzgórzach. Jak na filmie Kurosawy.
Do Chomrong natomiast dotarliśmy w słońcu, ścieżką trawersującą jeden z zielonych, usianych tarasami i wioskami, stoków doliny. Chomrong okazał się rozległą (zwłaszcza w pionie - te niekończące się schody będą nas długo prześladować) wioską. Na samej górze znajdują się najlepsze hotele i tam właśnie zamierzamy się zatrzymać w drodze powrotnej.
Dalej droga była jeszcze gorsza niż schody w Chomrong. W gorącym lesie, ciągle góra-dół, po zawalonej kamieniami ścieżce. I na koniec jeszcze zaczęło kropić. Jako, że właśnie dotarliśmy do wioski Bamboo Lodge, to zaczęliśmy się zastanawiać czy się tu nie zakończyć dnia, na wypadek jakby się rozpadało. W trakcie naszych rozważań szczęśliwie lunęło i ukróciło wszelkie dylematy.
Zalokowaliśmy się w jednej z lodgy, zajmując ostatnie miejsca (a było jeszcze przed piętnastą!) i od razu zamówiliśmy Dhal Baaty. Powoli stajemy się koneserami tego dania, może wypadałoby zacząć jeść jak miejscowi - prawą ręką, a nie łyżką?
Po posiłku oddaliśmy się pasji czytelnictwa - Michał znalazł świetnie napisaną książkę Pete McCarthy'ego o podróży po Irlandii. Jak tu nie polubić książki o irlandzkich knajpach gdzie już na 9-tej stronie pojawia się nazwisko Mengele. Tego Mengele. Ja jedynie zdybałem 'The Economist', co ciekawe akurat kolejny numer po tym, który czytałem pod Aneto. A nasz hotelik jak hotelik, ściany z dykty tak cienkie, że ludzie z sąsiedniego pokoju zagłuszali mi rozmowę moich współlokatorów, a prysznic tak nisko zawieszony, że aby umyć głowę musiałem kucnąć.