Przydrożnie
Próba przekonania miejscowych do podwiezienia 'na pace' jest skazana na porażkę. Ponoć wszędzie czatują patrole policji drogowej (bezwzględnej), która na to nie pozwala. Znaczy, na wożenie białych, bo miejscowi to jeżdżą tak całymi pęczkami. Rasizm.
Góry Simien, cz. IX
Spotkaliśmy dwie Brytyjki pod 70-kę, które szły tą samą trasą trekkingową, tyle że wraz z przewodnikiem, kucharzem i mułami do noszenia bagaży. Ale nadal podziw za zdecydowanie się na treking w takim wieku.
A jak je bliżej poznaliśmy to szacunek tylko rósł..
Autochtoni vs faranji
Jeden z noclegów w górach Simien wypadł nam nieopodal wioski Gich, a dokładniej to w bezpośrednim sąsiedztwie jedynego płaskiego miejsca w okolicy. Naturalnym więc, że było to miejsce gdzie miejscowe dzieciaki grały w piłkę nożną. Nie omieszkaliśmy się dołączyć.
Nie było lekko, bo rzecz miała miejsce na 3700 m n.p.m., więc każda bardziej dynamiczna akcja kończyła się 5 minutami sapania. Podejście do zasad luźne, autów brak, a stojący na bramce Jamal sikał na słupek. W pewnym momencie nawet do gry dołączył dzieciak trzymający w jednym ręku bicz, a w drugim kurę.
Góry Simien, cz. VIII
Po pierwszym spotkaniu dzieci żebrzących o plastikową butelkę po wodzie mineralnej nastąpiło we mnie przewartościowanie pojęcia „bieda”. W tych górskich wioskach brakuje praktycznie wszystkiego, człowiek przed wyrzuceniem czegokolwiek do śmieci zastanawia się dwa razy czy to na pewno się nikomu nie przyda. Stwardniały, pokruszony, 3-dniowy chleb nadal jest prezentem cieszącym dzieci. Nam już niepotrzebny litr nafty z chęcią przyjęty był przez naszego scouta.
Recycling tutaj to zupełnie inne pojęcie.
Gdy wylewałem niedobrą wodę z butelki tuż przy źródle i przyszli miejscowi to zrobiło mi się głupio i przerwałem. Dokończyłem później, jak nikogo nie było.
Góry Simien, cz. VII