Etiopski jazz
Ostatnio zawitałem na antenie Radia Afera goszcząc w audycji Alternatywne Brambory. Puściliśmy z Bartkiem Synowcem trochę etiopskiego jazzu/swingu i pogadaliśmy o podróżowaniu.
Jeśli ktoś jest ciekawy tej muzyki, to poniżej nagranie z programu. Jak ktoś woli offline, to można również je ściągnąć w formacie mp3. Miłego słuchania.
O ile dobrze pamiętam, playlista audycji wyglądała następująco:
- Mulatu Astatke - Metche dershe
- Mulatu Astatke - Yekermo sew
- Mulatu Astatke - Kasalefkut hulu
- Feqadu Amde-Mesqel - Asmarina
- Girma Hadgu - Ene alantchi alnorem
- Tesfa-Maryam Kidane - Yetesfa tezeta
- Girma Beyene - Yebeqagnal
Chichen Itza
Zostałem przed wyjazdem ostrzeżony, że te ruiny Majów zostały zamienione w wyciskarkę pieniędzy z turystów i lepiej je sobie odpuścić, ale podeszliśmy do tego sceptycznie. Niesłusznie - zdecydowanie najgorsze doświadczenie spośród wszystkich atrakcji tego typu jakie widzieliśmy.
Szczęśliwie na miejscu byliśmy już o 8 rano, kiedy nawet miejscowym sprzedawcom turystycznego badziewia nie chciało się jeszcze wstać i udało nam się w dość spokojnej atmosferze obejrzeć większość kompleksu. Niestety, trzeba się ograniczyć tylko do oglądania, bo na żadną z piramid nie można się wspiąć.
Zobaczenie na koniec całej szopki związanej z wysypującymi się z kolejnych autobusów wycieczkami, które przedzierały się przez szpalery nagabujących sprzedawców, przechyliło czarę goryczy. Zdecydowanie nie polecam. Chociaż ma swoje plusy, oczywiście. Do nich zalicza się m.in. dobrze zachowane wielkie boisko do „kosza”.
Valladolid
Małe miasteczko, dwie ważniejsze ulice i główny plac. Poza tym atrakcji generalnie brak, poza okolicznymi cenotes, które jednakże również okazują się być bez szału. Niby malownicze i ładne, ale jakoś kiepsko się pływa, woda zimna, etc.
Ale udało mi się uchwycić na zdjęciu maszynę do produkcji tortilli:
Los coches de Merida
Cenotes de Cozama
Cenotes miejscowi tłumaczą po prostu jako „water hole”, co w sumie oddaje postać rzeczy. Są to podziemne groty, w których gromadzi się woda. Kiedyś miejscowi korzystali z nich jak ze zbiorników, teraz są jedynie atrakcją turystyczną.
My odwiedziliśmy trzy takie „cysterny”. Wyglądały dość podobnie - duża jaskinia z różną ilością zwieszających się z sufitu stalaktytów, otwór w suficie przez który wpada snop światła rozświetlający wnętrze (a czasem też zwisają korzenie rosnących na powierzchni drzew) i niesamowicie wprost błękitna woda.
Ważnym dla odwiedzających elementem są również drewniane platformy, z których można skakać do wody. Bo, o czym nie wspomniałem, wizyta nie polega na oglądaniu, a na pływaniu w tym podziemnym basenie. Skakać (z różnych wysokości) też śmiało można, bo zwykle jest głębiej (miejscami znacznie głębiej) niż 3-4 metry, z czego skwapliwie korzystaliśmy.
W samym Jukatanie takich miejsc jest ponoć pierdyliard (czyt. ponad 300), co może wyjaśniać całkowity brak wzmianki w przewodniku akurat o naszym.