Transmetropolitan
Transmetropolitan to cyberpunkowy komiks opowiadający historię Spidera Jerusalem, nie przebierającego w słowach felietonisty uprawiającego tzw. gonzo journalism w mieście skorumpowanych polityków, bezmózgich tłumów, seksu i przemocy. Czyli prawdziwa demokracja i władza ludu.
Tę futurystyczną wizję dobrze ilustruje fragment jednego felietonów
Yesterday, here in the middle of the City, I saw a wolf turn into a Russian ex-gymnast and hand over a business card that read:
YOUR OWN PERSONAL SECURITY WHORE!
STERILIZED INNARDS!
accepts all credit cards
to a large man who wore trained attack cancers on his face and possessed seventy-five indentured Komodo Dragons instead of legs. And they had sex. Right in front of me. And six of the Komodo Dragons spat napalm on my new shoes.
Dodatkowo, mamy do czynienia ze świetnymi dialogami w rodzaju
Life goes on Mister Royce, even if Jerusalem is now being butt-fucked to death by crazy farmers with calloused haystack-lifting cocks in an alley someplace.
Całość okraszona jest opiniami wygłaszanymi przez Spidera o sytuacji społecznej i panującym systemie wyborczym.
You want to know about voting. I'm here to tell you about voting.
Imagine you're locked in a huge underground nightclub filled with sinners, whores, freaks and unnameable things that rape pit bulls for fun. And you ain't allowed out until you all vote on what you're going to do tonight.
You like to put your feet up and watch
Republican party reservation. They like to have sex with normal people using knives, guns, and brand-new sexual organs that you did not know existed. So you vote for television, and everyone else, as far as your eye can see, votes to fuck you with switchblades.That's voting. You're welcome.
Najlepszy komiks jaki kiedykolwiek czytałem.
top 20
Zostałem mile zaskoczony, gdy zauważyłem "Zamęt" - część barokowego cyklu Stephensona, na półce z bestsellerami w Empiku. Czar prysł, gdy moje spojrzenie padło na leżący obok "Świat Magdy M.".
Guy Fawkes Night
Remember remember the fifth of November,
Gunpowder, Treason and Plot,
I see no reason why gunpowder and treason
should ever be forgot.Guy Fawkes, Guy Fawkes, 'twas his intent
to blow up the King and the Parliament.
Three score barrels of powder below,
Poor old England to overthrow:
By God's providence he was catch'd
With a dark lantern and burning match.Holloa boys, holloa boys, make the bells ring.
Holloa boys, holloa boys, God save the King!
Hip hip hoorah!A penny loaf to feed the Pope.
A farthing o' cheese to choke him.
A pint of beer to rinse it down.
A faggot of sticks to burn him.
Burn him in a tub of tar.
Burn him like a blazing star.
Burn his body from his head.
Then we'll say ol' Pope is dead.Hip hip hoorah!
Hip hip hoorah!
czytając
Nielojalność względem pracodawcy to bardzo poważna plama w życiorysie, a szczególnie w tym mieście, jeśli motywem postępku był coś, co — jak przypominał sobie Laney — kiedyś nazywano skrupułami.
To słowo wydało mu się teraz po prostu zabawne.
— Uśmiechnąłeś się. — Blackwell patrzył na niego nad maleńkim stolikiem
— Niedobór serotoniny.
"Idoru", William Gibson. Cyberpunk w czystej postaci.
dragonlance po polsku
Od pierwszego zetknięcia z fantastyką wyższej klasy zastanawiałem się nad fenomenem Dragonlance. Co sprawia, że ludzie spędzają godziny nad tym beznadziejnym grafomaństwem. Rozumiem jeszcze osoby, które świeżo zetknęły się z D&D, zagłębiają się w świat erpegie i każda chwila spędzona w tym uniwersum powoduje u nich wypieki na twarzy. Ale przecież prędzej czy później muszą (choćby przypadkowo) trafić na jakąś fantastykę z wyższej półki, a wtedy, przez proste porównanie, nietrudno stwierdzić jakim to szmelcem zajmowali się do tej pory. Niestety, tak się nie dzieje i kolejne cykle Dragonlance sprzedają się równie dobrze jak nieśmiertelna smocza trylogia w czterech tomach.
Po zagłębieniu się w polską fantastykę z radością stwierdziłem, że za co nie sięgnę to dobre. Kiedy jeszcze czasem Dragonlance przeszło mi przez myśl, to jedynie w kontekście - "my to mamy tyle dobrej fantastyki, że nikt by takiego szmelcu nie wydał". Po pewnym czasie jednak trafiłem na postać inkwizytora (o ile mnie pamięć nie myli) Mordimera Madderdina. Sztampowa historia, postacie stereotypowe, ale okej - to przecież debiutant, wyrobi się, trzeba młodym dać szansę. Ale pojawiły się głosy, jaka to ciekawa postać (ktoś to musi mieć naprawdę nudne życie, skoro dla niego to ciekawa postać ..) i żeby mu dać szansę i niech żyje dalej. I żyje, kolejne dwa tomy. Ale ja nie o nim chciałem.
Ja o "Achaji" Ziemiańskiego. Z postacią zetknąłem się już dawno w jakimś opowiadaniu w "Science Fiction" (czy innej "Nowej Fantastyce") i opowiadanko mi przypadło do gustu, niegłupia dziewoja, która biega i z gracja samuraja morduje wrogów. Nie powiem, czytało się przyjemnie. Czar prysł jak sięgnąłem po pierwsze dwa tomy powieści.
Uwaga, spojlery. Zresztą, po co ostrzegać, po mojej 'reklamie' nie sądzę, żeby komuś chciało się przez to samemu przedzierać.
Mamy młodą (chyba przezd 16 rokiem życia) księżniczkę, która w wyniku jakichś dziwnych intryg knutych przez jej jeszcze dziwniejszą macochę (dostającą orgazmu przy upokarzaniu przybranej córki) trafia do wojska. Wojsko widać bardzo infantylnie, może to taki celowy zabieg artystyczny mający ukazać dziecięcość głównej bohaterki w starciu z brutalną wojskową rzeczywistością. Ja jednak pomyślałem o niedojrzałym warsztacie autora raczej. Ale wracając do bohaterki (to słowo tutaj wyjątkowo dobrze pasuje), to jakoś się ona w tym wojsku zadamawia, przestaje być szykanowana. Ba, nawet już sama szykanuje. Wyrusza na wojnę, trafia do niewoli, gdzie jedząc robaki i całymi dniami gołymi rękoma (prawie) krusząc skały uczy się (wieczorami, od towarzysza niedoli) jak zostać potężnym wojownikiem. No i zostaje, ucieka z niewoli, zostaje dziwką, potem wieśniaczką, tylko po to aby, prawie prosto od pługa oderwana, została wcielona do jakiejś lesbijskiej armii, gdzie ratując dwa tysiące koleżanek zostaje księżniczką. I to dopiero połowa drugiego (z trzech tomów). Jezu.. Toż Raistlin nawet przy niej odpada.
A świat naokoło niewiele lepszy. Są nawiązania do naszego, np. w postaci rewolucji wraz z przeniesieniem nieśmiertelnej sceny na schodach z "Pancernika Potiomkin". Autor tak łobuzernie mruga do czytelnika, że aż najchętniej wbiłbym mu widelec w oko.
Tyle tego dobrego, zawiodłem się po prostu. Mocno. I to na tak polecanym "dziele".
