Chuck
Niedawno Negativna (nie warto klikać w link - jest leniwa i nic nie pisze;) wspomniała mi o serialu Chuck - wesoła komedyjka klasy B. Nerd, który wchodzi w posiadanie rządowych tajemnic trafia pod ochronę dwójki stereotypowych agentów - długonogiej blondynki i gburowatego miłośnika prezydenta Reagana. Czyli mamy do czynienia z naiwnymi szpiegowskimi komedyjkami.
Oczywiście są różnego rodzaju miłe nerdowe nawiązania - dostaje się między innymi Jobsowi i prowadzonym przez niego konferencjom, czy Microsoftowi (a w szczególności Zune). Niestety, nie ma co się spodziewać poważnego podejścia do nauki - według twórców Chucka dane zaszyfrowane AES-em z 512-bitowym kluczem rozpykuje się brute forcem w kilka dni. Ale cóż, nie każdy serial może być jak Big Bang Theory ;)
Definitywnie mocną stroną jest muzyka. W trakcie oglądania można usłyszeć nawet Flight of the Conchords. A odcinek, w którym pojawiły się po kolei Tubthumping, Barracuda i Smack my bitch up też bardzo miło odebrałem. Z tego co widziałem, to tie tylko mi się podoba dobór muzyczny - FBI. CIA. EMI. TDK.
Podsumowując - przyjemna, niewymagająca rozrywka. I występuje Azamat Bagatow!
Szczypta, kurwa, kultury
W ramach poszerzania horyzontów poszedłem dzisiaj obejrzeć ekranizację ballady o dobrym dresiarzu. Nie spodziewałem się wiele, Masłowskiej nie trawię i daleko mi było do oczekiwania na jakikolwiek „polski Trainspotting”.
Dostałem jednak coś zaskakującego – przerażającą podróż po mentalnie wypalonym świecie blokowisk. Powszechne ogłupienie i przekonanie o swojej głębi każdej z postaci doskonale harmonizowało z rechoczącą widownią. Jedyną jasną iskrą w tym czarnym oceanie był Borys Szyc, świetny i przekonywujący. Jakbym miał tyle talentu co on, to właśnie tak bym to zagrał. Identiko.
Dla jasności przekazu dodam jeszcze, że nikomu tego filmu bym nie polecił – poza kreacją Szyca i paroma dobrymi tekstami w tym filmie absolutnie nic nie ma. Totalna pustka. Najgorsze jednak jest uczucie, że gdy wyjdziesz z sali kinowej, to spektakl trwa nadal.
Hunting Party
Jakkolwiek Richard Gere nie jest aktorem, który przyciągnąłby mnie do kina, to muszę przyznać, że jedną z jego (w miarę) niedawnych produkcji oglądałem z niekłamaną przyjemnością. Hunting Party, bo o tym filmie mowa, oparty jest na (ponoć prawdziwej) dziennikarskiej opowieści jak to międzynarodowe organizacje udają, że szukają zbrodniarzy wojennych w byłej Jugosławii.
Nie jest to oczywiście gonzo journalism na miarę Raoula Duke'a, niemniej jednak ogląda się bardzo przyjemnie. Jest dawka czarnego humoru, wątek sensacyjny, urocze bałkańskie krajobrazy i anty-polityczne przesłanie na koniec. Porządne, nie odmóżdżające (jak chociażby ostatnie produkcje spod szyldu Dana Browna), kino rozrywkowe.
Tylko schwytanie Radovana Karadžića niespełna rok po premierze filmu trochę psuje postawioną w filmie tezę.
Debiut kinematograficzny
W końcu po długich zmaganiach udało mi się zmontować materiał, który Wiśnia nakręcił w Etiopii w jakąś spójną i dającą się oglądać całość. I usunąłem niewybredne komentarze.
Antysemickie kino
Obejrzałem w końcu Monachium, co do którego miałem od dawna mieszane uczucia. W końcu to stworzony przez żydowskiego reżysera film o akcji Mossadu. Bałem się jakiejś judeo-amerykańskiej propagandy, która by mnie tylko niepotrzebnie denerwowała.
Nic dalszego od prawdy. Kawał porządnego kina sensacyjnego plus wyważone rozterki moralne bohatera. Izrael jest tutaj jednocześnie katem i ofiarą, wywołującym i dokonującym zemsty. Czyli po prostu kawał antysemickiego kina wylewającego wiadro pomyj na jego krystalicznie czyste oblicze :)
Najciekawsze dla mnie było świetnie ukazane zagubienie bohaterów w sytuacji, która ewidentnie ich przerasta. Zderzenie idealizmu z brudną rzeczywistością, polityką i ekstremistami po obu stronach. Polecam.