Avatar
Najlepsza recenzja Avataru jaką czytałem (od razu przyznaję - czytałem ich niewiele) to „poka hontas 3d :) me like”. Doskonale oddaje istotę filmu.
CGI tak doskonałe, że z dużą górką przykrywa całą resztę, której daleko do ideału. Mamy bowiem naiwną historyjkę i płaskie postaci toczące kiepskie dialogi, które na dodatek są jeszcze żenująco przetłumaczone. Generalnie - dramat. Jednak warstwa wizualna nie dość, że nadrabia straty, to jeszcze wynosi film na całkiem duży plus.
The Sharp End
Całkowicie przypadkowo ostatnio trafiłem na doskonały film nie tyle o wspinaniu, co o osiąganiu (a może już przekraczaniu?) granic bezpieczeństwa. W „The Sharp End” mamy godzinną wycieczkę po świecie i rozmowy z ludźmi, którzy redefiniują pojęcie „niebezpieczeństwa” we wspinaczce.
Podróż tę zaczynamy lajtowo - od wspinaczki na własnej asekuracji i bulderingu wysokiego ryzyka. Potem wizyta w czeskich piachach, które ze względu na osławioną asekurację z węzełków zostają określone mianem najbardziej niebezpiecznego miejsca do wspinania na świecie, gdzie żywcuje boso 61-letni Bernd Arnold. Dalej mamy wielkościanową wspinaczkę na copperheadach w Yosemitach pokazywaną przez sprawiającego wrażenie niezniszczalnego szaleńca Ammona McNeely'ego. Na koniec oczywiście zostawiono żywcowanie północnej ściany Eigeru ze spadochronem. I 1000 metrów Pervertical Sanctuary 5.10+ bez…
Prawdziwe climbing porn. Na zachętę trailer:
PS. Przeszkadza jedynie pokazywanie Czech przez pryzmat zdezelowanych samochodów i nieotynkowanych wiejskich domów, oraz wciskanie biednym Amerykanom, że pije się tam normalnie 8-10 piw dziennie. Ale cóż, nie można zbyt wiele zgodności z rzeczywistością się spodziewać. To w końcu film.
Generation Kill
Jako, że ostatnie dni spędzam chorując, to nadrabiam wszelkiego rodzaju literacko-filmowe zaległości. Właśnie dzięki temu udało mi się w końcu obejrzeć doskonały mini-serial, o którym słyszałem już dawno temu - Generation Kill. Powstał on na podstawie książki Evana Wrighta, która opowiada o tym jak brał on udział w inwazji na Irak w 2003, jako dziennikarz piszący reportaż dla „Rolling Stone”. Dołączył on do zwiadowczego batalionu Marines w przeddzień inwazji i spędził w nim bodajże dwa miesiące.
Mamy tutaj do czynienia z ciętym, wulgarnym i rasistowskim językiem (co nie powinno nikogo dziwić), który zresztą doskonale pasuje do przerażającego krajobrazu pełnego mordowanych cywili, który się cały czas przewija za oknami Hummerów Marines. Poza tym oglądamy niekompetentnych dowódców, zbyt nerwowo radzące sobie ze spustem dzieciaki, które z miną znawcy świata opowiadają swoje przemyślenia o życiu, wojnie, ludziach i pięknie powołania, którym zostali tak wyjątkowo obdarzeni. Oraz całe piękno prostoty i porażający idiotyzm sztywnego trzymania się zasad, z jakim mamy do czynienia w wojsku.
Żaden z odcinków nie ma pointy, zakończenia, ani muzyki, co tylko potęguje (słuszne) wrażenie realistyczności przedstawionych wydarzeń. Właśnie ta prawdziwość jest najmocniejszym atutem tego serialu.
Warto przeczytać co o książce napisali w New York Timesie: Sparing No One, a Journalist's Account of War.
PS. W końcu skrystalizował się mój subiektywny ranking seriali - Generation Kill, Big Bang Theory, Hustle, a potem długo, długo nic.
Chuck
Niedawno Negativna (nie warto klikać w link - jest leniwa i nic nie pisze;) wspomniała mi o serialu Chuck - wesoła komedyjka klasy B. Nerd, który wchodzi w posiadanie rządowych tajemnic trafia pod ochronę dwójki stereotypowych agentów - długonogiej blondynki i gburowatego miłośnika prezydenta Reagana. Czyli mamy do czynienia z naiwnymi szpiegowskimi komedyjkami.
Oczywiście są różnego rodzaju miłe nerdowe nawiązania - dostaje się między innymi Jobsowi i prowadzonym przez niego konferencjom, czy Microsoftowi (a w szczególności Zune). Niestety, nie ma co się spodziewać poważnego podejścia do nauki - według twórców Chucka dane zaszyfrowane AES-em z 512-bitowym kluczem rozpykuje się brute forcem w kilka dni. Ale cóż, nie każdy serial może być jak Big Bang Theory ;)
Definitywnie mocną stroną jest muzyka. W trakcie oglądania można usłyszeć nawet Flight of the Conchords. A odcinek, w którym pojawiły się po kolei Tubthumping, Barracuda i Smack my bitch up też bardzo miło odebrałem. Z tego co widziałem, to tie tylko mi się podoba dobór muzyczny - FBI. CIA. EMI. TDK.
Podsumowując - przyjemna, niewymagająca rozrywka. I występuje Azamat Bagatow!
Szczypta, kurwa, kultury
W ramach poszerzania horyzontów poszedłem dzisiaj obejrzeć ekranizację ballady o dobrym dresiarzu. Nie spodziewałem się wiele, Masłowskiej nie trawię i daleko mi było do oczekiwania na jakikolwiek „polski Trainspotting”.
Dostałem jednak coś zaskakującego – przerażającą podróż po mentalnie wypalonym świecie blokowisk. Powszechne ogłupienie i przekonanie o swojej głębi każdej z postaci doskonale harmonizowało z rechoczącą widownią. Jedyną jasną iskrą w tym czarnym oceanie był Borys Szyc, świetny i przekonywujący. Jakbym miał tyle talentu co on, to właśnie tak bym to zagrał. Identiko.
Dla jasności przekazu dodam jeszcze, że nikomu tego filmu bym nie polecił – poza kreacją Szyca i paroma dobrymi tekstami w tym filmie absolutnie nic nie ma. Totalna pustka. Najgorsze jednak jest uczucie, że gdy wyjdziesz z sali kinowej, to spektakl trwa nadal.