Tapachula
Humory na tyle dobre, że nawet wizja przechodzenia ponownie przez paskudną Tilapę nie przeraża. W końcu okazało się, że nawet tego uniknęliśmy, w zamian pokonując część drogi łódką.
Na przejściu granicznym z Meksykiem gwatemalscy pogranicznicy oczywiście próbowali wymusić „opłatę manipulacyjną”, ale jakoś tak bez przekonania i entuzjazmu. Wyśmiani szybko spasowali. Najbardziej jednak nas rozbawiła Amerykanka, której hiszpański akcent spokojnie przewyższał dokonania lingwistyczne Brada Pitta w „Inglorious Basterds”. Nie ma szczęścia ten naród do nauki języków.
A Tapachula to po prostu duża dziura. Nic ciekawego - miasto, spaliny, tłok, jedyne co zaskakujące to publiczne darmowe wi-fi na placu i amerykański żul z iamwalking.org, który naciągnął nas na 2 pesos.
Tilapita
Aby dostać się do Tilapity należy wpierw przedostać się przez paskudne miasteczko Tilapa pełen miejscowych, którzy z wybałuszonymi oczyma gapią się na każdą nową twarz w ich mikroświecie. Później należy sforsować rzekę, gdzie przewoźnik wykazuje się rasizmem, żądając od białych podwójnej opłaty i uzasadniając to prostym „porque eres differente”. Na koniec lokujemy się w jedynym hotelu w okolicy, mającym niemierzalny stosunek ceny do jakości (dzielenie przez zero) w pokoiku nawet dość dużym, ale jeśli wziąć pod uwagę ilość wszelkiego rodzaju robactwa (i rozmiary niektórych jego przedstawicieli) z jakim go współdzielimy, to robi się ciasno.
Jeśli jednak jakiś śmiałek przebrnie przez te wszystkie próby to dane mu będzie zobaczyć piękno rozległego Pacyfiku. Trzeba je będzie jednak współdzielić z flotyllami wyrzucanych przez fale ślimaków wodnych i spacerującymi plażą krowami. Turystów jakoś brak.
Wulkan Santa Maria
Nad wielką 140-tysięczną metropolią Quetzaltenango (zwana przez miejscowych po prostu Xela) góruje wulkan Santa María. Imponujące 3772 metry nad poziomem morza zastygłej lawy, z których rozciąga się niesamowity widok na rząd wulkanów w okolicach Antigua'y i jeziora Atitlán z jednej strony i mniejszego, ale wciąż jurnego wulkanu Santiaguito, który co pewien czas serwuje widzom malownicze erupcje.
Wycieczka na szczyt warta jest każdej nieprzespanej minuty (rusza się o 4 rano, żeby załapać się na dobre widoki zanim chmury wszystko przesłonią) i zdobytego metra (ponad 1400 m podejścia). Polecam nawet tym, którzy nie są miłośnikami górskich spacerów.
Santiago Atitlán
Kolejna miejscowość na brzegu jeziora Atitlán. Spośród innych miasteczek (słowo "wioska" jakoś nie pasuje do tych betonowych klocków, które tworzą tu zwykle zabudowę) wyróżnia je obecność miejscowego bożka - Maszimona.
Maximón jest połączeniem jakiegoś hiszpańskiego konkwistadora, majowego bóstwa i św. Szymona. Miejscowi wykonali jego posąg i migruje on po okolicy, co roku zamieszkując u innego członka miejscowej elity. Jego „świątynia” to królestwo kiczu - mamy drewnianą figurkę palącą papierosa, odzianą w niezliczone krawaty i doglądaną przez Jezusa umieszczonego w szklanej trumnie ozdobionej migającymi lampkami choinkowymi. Z sufitu natomiast zwisają najbardziej badziewne plastikowe ozdoby jakie można sobie wyobrazić. Całkowite kuriozum.
Lago de Atitlán
Jezioro Atitlán jest ponoć najgłębszym w Ameryce Środkowej, pomimo tego, że nie udało się nikomu dokładnie zbadać jego głębokości. Poza tym, że głębokie, to jeszcze całkiem duże (jakieś 130 kilometrów kwadratowych). Naturalnym jest więc, że na jego brzegach znajduje się szereg różnych osad.
Chyba najbardziej turystycznym z nich jest miasteczko Pinajachel. Co jest trochę zastanawiające, gdyż atrakcje ograniczają się do możliwości dokonania wycieczki na targ w Chichicastenango, kupna pamiątek i gandzi od prężnie działających miejscowych dilerów. Niemniej jednak, widok na jezioro i znajdujące się na jego drugim brzegu dwa wulkany jest świetny.
Natomiast malowniczo położone na zboczu wulkanu San Pedro jest zagłębiem lingwistycznym regionu. Wielu obcokrajowców przyjeżdża tu na wakacyjne kursy hiszpańskiego i wcale im się nie dziwię - piękna pogoda, niskie ceny (tydzień kursu z noclegami i wyżywieniem to jakieś $130), a miejscowy dialekt ponoć łatwiejszy do zrozumienia niż hiszpański-hiszpański.
Poza kursami hiszpańskiego można tu popływać kajakiem, co jest szczególnie ciekawym doświadczeniem, bo wiatry tutaj szalejące sprawiają, że zmagamy się czasem i z metrowej wysokości falami, co jest dość zaskakujące na jeziorze. Ponadto turyści tu często jeżdżą konno po okolicy, drepczą po wulkanach i piją drinki z palemką w restauracjach ze świetnym widokiem.