Lanquin
Hitem dnia była wizyta w jaskiniach Las Marias Cuaves. Dla samej tej atrakcji warto tu przyjechać. Ze świeczką w ręku wchodzi się do jaskini, już po pierwszych paru krokach brodząc po pas w wodzie. Dalej jest tylko lepiej - wspinanie po linie na kolejne poziomy, pływanie korytarzami ze świeczką w ręku, skakanie do skalnych studni. A po wyjściu relaksujący spływ rzeką na starych dętkach (tzw. tubing) prosto do samego hotelu. Wszystko co w Polsce byłoby obwarowane setkami zakazów ze względów bezpieczeństwa, tutaj się robi na własne ryzyko, zakładając minimum inteligencji turysty. O dziwo, nawet się to sprawdza.
Potem odrobina relaksu, cotygodniowe pranie (w rzece Rio Cohaban), spacer do parku Semuc Champey, gdzie znajduje się miejscowy cud natury - rzeka przepływa pod szeregiem naturalnych tarasów z basenami, niczym pod mostem. A naokoło zawodzą przeraźliwie howler monkeys. Do tego nasz hotel - Las Marias - okazał się być pięknie położony w środku głuszy i ma klimat rodem z bieszczadzkiego schroniska. W pozytywnym tego znaczeniu. Obsługa i goście wyluzowani, jedzenie dobre, wspólna sala (a właściwie weranda) jest, a wszędzie naokoło zielone góry. A co wieczór burza.
O wpisie
- Dodano:
- 19 listopada 2009, 22:53
- Kategorie:
- fotografia Gwatemala podróż
2 komentarze
przeskocz do formularza