The Sharp End

Całkowicie przypadkowo ostatnio trafiłem na doskonały film nie tyle o wspinaniu, co o osiąganiu (a może już przekraczaniu?) granic bezpieczeństwa. W „The Sharp End” mamy godzinną wycieczkę po świecie i rozmowy z ludźmi, którzy redefiniują pojęcie „niebezpieczeństwa” we wspinaczce.

Podróż tę zaczynamy lajtowo - od wspinaczki na własnej asekuracji i bulderingu wysokiego ryzyka. Potem wizyta w czeskich piachach, które ze względu na osławioną asekurację z węzełków zostają określone mianem najbardziej niebezpiecznego miejsca do wspinania na świecie, gdzie żywcuje boso 61-letni Bernd Arnold. Dalej mamy wielkościanową wspinaczkę na copperheadach w Yosemitach pokazywaną przez sprawiającego wrażenie niezniszczalnego szaleńca Ammona McNeely'ego. Na koniec oczywiście zostawiono żywcowanie północnej ściany Eigeru ze spadochronem. I 1000 metrów Pervertical Sanctuary 5.10+ bez…

Prawdziwe climbing porn. Na zachętę trailer:

PS. Przeszkadza jedynie pokazywanie Czech przez pryzmat zdezelowanych samochodów i nieotynkowanych wiejskich domów, oraz wciskanie biednym Amerykanom, że pije się tam normalnie 8-10 piw dziennie. Ale cóż, nie można zbyt wiele zgodności z rzeczywistością się spodziewać. To w końcu film.

 

Wulkan Pacaya

Nieopodal miasta Antigua znajduje się Pacaya - jeden z nielicznych aktywnych wulkanów w tym rejonie świata. Dziwnym nie jest więc, że codziennie podążają tam pielgrzymki turystów.

Pacaya

Najpierw czeka ich godzinna przejażdżka busem do wioski San Vincento Pacaya, gdzie turystów traktują jak rolnicy Unię Europejską - jak dojne jałówki. Dzieci wciskają turystom kijki do podpierania (sztik - necesario para el vulcan!) i próbują od nich wyciągnąć jakieś słodycze. Dorośli polują z maczetami na turystów, którzy ośmielili się wejść na wulkan bez płacenia myta miejscowym (wynajęcia przewodnika). Ci co bardziej uczciwi, konno podążają za turystami ściemniając, że droga ciężka i lepiej wziąć „taxi”.

Pacaya

Dla tych jednak co przebrną przez te drobne niedogodności, na wulkanie czeka gorąca lawa. Na zboczu żarzą się rozgrzane do czerwoności skały, co pewien czas wyskakujące w powietrze i staczające się na rozentuzjazmowanych obserwatorów. Generalnie stojących w bezpiecznej odległości, ale gdy pewien dwumetrowej średnicy głaz podążył w naszym kierunku, to było to zabawne tylko do pewnego momentu. Dokładniej, do chwili gdy strażnicy parkowi coś krzyknęli i zaczęli uciekać. Obyło się jednak bez ofiar.

Guards of Pacaya

 

Antigua Guatemala

Antigua Guatemala

Była stolica Gwatemali. Miasto, które w 1773 nawiedziło największe błogosławieństwo, jakie mogło je spotkać - trzęsienie ziemi, które zmiotło je z powierzchni ziemi. Dzięki temu dzisiejsza jego postać, już odbudowana z zachowaniem planu i zmysłu estetycznego, tak cieszy oko. Cała starsza część miasta to równe, jednokierunkowe uliczki, domy o niskiej zabudowie (jedynie gdzieniegdzie wyróżniają się kościoły), każdy pomalowany na inny kolor. Gdyby tego było mało, to nad miastem górują jeszcze 3 wulkany.

Antigua Guatemala Antigua Guatemala

A wszędzie czysto i schludnie. Zupełnie jakbyśmy nie byli w Gwatemali. Gdyby jeszcze zniknęły te pałętające się hordy backpackersów...

Antigua Guatemala Antigua Guatemala

 

Lanquin

Hitem dnia była wizyta w jaskiniach Las Marias Cuaves. Dla samej tej atrakcji warto tu przyjechać. Ze świeczką w ręku wchodzi się do jaskini, już po pierwszych paru krokach brodząc po pas w wodzie. Dalej jest tylko lepiej - wspinanie po linie na kolejne poziomy, pływanie korytarzami ze świeczką w ręku, skakanie do skalnych studni. A po wyjściu relaksujący spływ rzeką na starych dętkach (tzw. tubing) prosto do samego hotelu. Wszystko co w Polsce byłoby obwarowane setkami zakazów ze względów bezpieczeństwa, tutaj się robi na własne ryzyko, zakładając minimum inteligencji turysty. O dziwo, nawet się to sprawdza.

Lanquin Lanquin

Potem odrobina relaksu, cotygodniowe pranie (w rzece Rio Cohaban), spacer do parku Semuc Champey, gdzie znajduje się miejscowy cud natury - rzeka przepływa pod szeregiem naturalnych tarasów z basenami, niczym pod mostem. A naokoło zawodzą przeraźliwie howler monkeys. Do tego nasz hotel - Las Marias - okazał się być pięknie położony w środku głuszy i ma klimat rodem z bieszczadzkiego schroniska. W pozytywnym tego znaczeniu. Obsługa i goście wyluzowani, jedzenie dobre, wspólna sala (a właściwie weranda) jest, a wszędzie naokoło zielone góry. A co wieczór burza.

Semuc Champey Lanquin

 

Flores → Lanquin

Droga z Flores do Lanquin to marne 200 kilometrów, więc mogłaby stanowić krótka i przyjemną podróż, ale niestety uniemożliwiało to kilka drobnych problemów.

On the road

Wprawiające nas w zdumienie umiłowanie tutejszych władz do umieszczania gdzie się da garbów do redukcji prędkości, z których chyba nawet 10% nie jest umieszczone w sensownych miejscach. Część natomiast znajduje się w miejscach całkowicie odciętych od cywilizacji, gdzie w promieniu dziesięciu kilometrów ciężko o jakikolwiek ślad ludzkiej obecności. Poza wspomnianym garbem.

On the road

Nasz pojazd wypełniony był po brzegi świergoczącymi niemieckimi turystami, którzy denerwują nas na tysiąc różnych sposobów. Od palenia papierosów gdziekolwiek się da (a i tam gdzie nie wolno), po nieustanne spóźnianie się.

On the road

Droga jest niemożebnie kręta zarówno w płaszczyźnie poziomej, jak i pionowej, co zdecydowanie utrudnia delektowanie się jazdą.

On the road

Nasz kierowca rajdowy uwielbiał ambitnie wchodzić w zakręty z piskiem opon. Co, biorąc pod uwagę, że nie posiadał rajdowego bolidu, ale wypełniony po brzegi 15 pasażerami busik, nie było zbyt rozsądne.

On the road

Na koniec tej gehenny, już w Lanquin, przesiedliśmy się na pakę jakiegos trucka i, szczęśliwie już bez Szwabów, pojechaliśmy nim do hostelu.