Gonder, cz. IV

Obama to nowy Bob Marley. Ten Czarny Jezus przejmuje afrykański rynek. Poza plecakami i koszukami z jego podobizną możemy dostrzec jego pogodne oblicze reklamujące bary, krawców, czy fryzjerów.

20 stycznie całe Gonder szalało. Szczęśliwie okazało się, że to z powodu drugiego dnia obchodów święta Timkat, a nie Święta Inauguracji (tm). Niemniej jednak kawiarnie pełne były czarnoskórych wpatrujących się w przekazywane na żywo z Waszyngtonu nudy. U nas w hoteliku również było kilku takich, ale podchodzili do całej tej szopki z dość dużym dystansem i humorem. Przeżyliśmy jednak chwilę grozy, gdy do hotelu wparowała trójka Amerykanów odzianych w podobizny Czarnego Jezusa pytających od samego progu "czy to już", ale szczęśliwie w tym momencie padł w całym mieście prąd.

 

Gonder, cz. III

W łaźniach cesarskich jest teraz (chyba jedyny w mieście) basen. Miejscowe dzieci radośnie się w nim pławią i skaczą z rusztowania do wody. Nikt jednak nie wyglądał jakby naprawdę umiał pływać, a najbardziej stylowy był „kraul krajobrazowy”. Skoków na główkę nie przyuważyliśmy, chociaż pseudo salta były.

Gonder Gonder Gonder Gonder

W zeszłym roku jeden dzieciak się utopił. Ku naszemu zdziwieniu, nie na skutek szaleńczych skoków, a po prostu nie umiał pływać.

Głównym problemem w Gonder jest brak wody. Część hoteli otwarcie przyznaje, że jej nie ma, inne jakoś pomijają ten fakt. Oczywiście, w przypadku konfrontacji tego braku z obsługą otrzymujemy odpowiedź, że będzie za „kilka godzin”, co w praktyce oznacza „może kiedyś”. Później przechodzą na „za pół godziny”, czyli standardową etiopską jednostkę czasu. A wody dalej brak. Znacznie bardziej to doskwierające niż zwyczajowy brak prądu.

 

Achtung faranji!

Jak to się już chyba powoli robi tradycją, będzie pokaz zdjęć z mojego ostatniego wyjazdu. Wtorek, 3 marca 2009, w knajpie Estadio na 27-go Grudnia (między Okrąglakiem, a Teatrem Polskim).

Będzie trochą quasi-artyzmu, etiopski jazz, a zdjęcia opatrzy, jak zwykle niezrównanym, komentarzem Wiśnia.