Esfahan

Esfahan Esfahan

Pierwsze miasto, w którym zobaczyliśmy jakichś turystów, chociaż to mało powiedziane - nocowaliśmy bowiem w norze pełnej backpackersów (którą swoją drogą, mocno polecam - tanio i całkiem znośnie - Amir Kabir Hostel).

Esfahan Esfahan Esfahan

Dwa dni spacerowaliśmy po tym pięknym mieście. Niby duże, bo 2 miliony mieszkańców, ale my poruszaliśmy się jedynie po centrum, więc wszędzie dało się bez trudu dojść pieszo.

Esfahan Esfahan

Jest jednak jedno zadanie, które nas tam całkowicie pokonało - zjedzenie jakiegokolwiek posiłku w restauracji. Przede wszystkim, ciężko znaleźć jakis przybytek gastronomiczny nie będący budą z kebapem (a zwykle nawet nie kebapem, ale jakimś zachodnim burgerem). Jeśli jednak uda nam się również odsiać placówki oferujące jedynie gotowaną głowę owcy (a są takie i to dość popularne) i trafimy do prawdziwej restauracji to będzie ona zamknięta. Później się okazało, że między 14, a 19 generalnie takie lokale są zamknięte. A nas ochota na posiłek jakoś w tych godzinach nachodziła.

Juwenalia

Juwenalia Juwenalia Juwenalia Juwenalia Juwenalia Juwenalia Juwenalia Juwenalia

UAM się jak zwykle nie postarał - pełno ludzi, ale poprzebierany mało kto. Z awuefu ludzi garstka, ale za to przebrania git. Jakoś szału nie było.

Ale przynajmniej się przekonałem, że tele do takiej reporterki się za bardzo nie nadaje, mimo wszystko.

fotografia | 29 maja 2008 | 3 komentarze

Esfahańskie bazary

Esfahan Esfahan

W piątek - dzień święty - opustoszałe.

Damavand

Największym celem naszego wyjazdu była próba zdobycia Damavandu (5671) - najwyższego szczytu Iranu. Stanowi on doskonałą konkurencję dla "pobliskiego" Araratu. Dostęp do niego jest łatwy, opłaty za wejście to 50$, pobierane jedynie w sezonie, a i możliwe do uniknięcia. Naturalnym więc było, że chcieliśmy się z tą górą zmierzyć.

climbing the Demavend

Niestety, ze względu na kradzież Wiśni portfela, gdzie znajdowały się dokumenty uprawniające go o powrotu do Turcji, skróciliśmy nasz 4-5 dniowy plan zdobywania szczytu do dni trzech (ryzykując aklimatyzacyjną gehennę), planując dnia czwartego zawitać w polskiej ambasadzie. Jak się później okazało, całkowicie niepotrzebnie.

climbing the Demavend

Pierwszego dnia ruszyliśmy z wioski Reyneh (gdzie część rzeczy zostawiliśmy u Ahmeda, u kórego nocowaliśmy - nie polecałbym go, ale jedyną alternatywą chyba jest cwaniaczek Massoud i z dwojga złego lepszy Ahmed) na noclego do meczetu znajdującego się na wysokości 3200. Po drodze trafiła nam się drobna burza, ale nie przeszkadzało nam to zbytnio, bo meczet okazał się solidny, suchy i nie przeciekał. Swoja drogą, jak ktoś ma dobry samochód (jak spotkana para Holendrów), albo dużo kasy na wynajęcie landziwera, to do samego meczetu może sobie podjechać i oszczędzić nogi.

climbing the Demavend

W nocy wszyscy kiepsko spaliśmy, ja przespałem może dwie godziny, reszta chyba podobnie, pewnie efekt pojawiającej się wysokości. Szczęśliwie pogoda od rana super, widoki naokoło piękne, aż się chce iść do góry. A jest trochę do podejścia, bo tzw. Third Shelter, nasz następny punkt noclegowy, znajduje się na 4200.

climbing the Demavend climbing the Demavend climbing the Demavend climbing the Demavend

W Third Shelter rzuciliśmy plecaki, podeszliśmy jeszcze kawałek w ramach drobnej aklimatyzacji, powkurzaliśmy się trochę na Duńczyków, którzy poleźli na szczyt i jakoś nie mogli wrócić, więc trzeba byłoby iść ich poszukać zanim będzie całkowicie ciemno. Szczęśliwie, jak już się przygotowaliśmy do wyjścia to chłopaki wrócili. Bardzo dobrze, bo wybitnie brakowało nam z Wiśnią spręża na zgrywanie ratowników. Noc kiepska, zupełnie nic nie przespałem, cały czas tylko jakieś pseudosenne halucynacje o jakichś bazach danych, algorytmach plecakowych i innych bzdurach.

O 3 pobudka, o 4 wyjście w górę. Mnie od początku męczyła choroba wysokościowa, więc po jakichś 300 metrach dałem sobie spokój i zszedłem, póki mogłem spokojnie o własnych siłach. Wiśnia odpadł kolejne 300 metrów dalej, a laski wraz z takim Francuzem, który z nami ruszył (drań był dobrze zaaklimatyzowany, świeżo wrócił z wycieczki po Tybecie, Nepalu i Ladakhu), odpadły jakoś pod samym szczytem, bo widoczność zrobiła się zerowa.

climbing the Demavend

Mimo wszystko, w dobrych humorach (pewnie ze względu na wizję ciepłego prysznica u dziadka Ahmeda), zeszliśmy tego samego dnia na sam dół do Reyneh.

Maku

Maku Maku

Maku jest niewielką (o połowę większą niż mój wyznacznik zadupia - Luboń) mieściną przy samej granicy tureckiej. Wiele do zwiedzania tam nie ma, ale oglądać jest co, bo miasto to znajduje się w wysokim skalnym wąwozie. Otaczające je ściany od razu nasunęły nam (a przynajmniej tym z nas, którzy tam byli) skojarzenia z Todrą. Zwraca uwagę meczet umiejscowiony pod imponującym okapem skalnym, z którego ponoć na wiosnę spływa pięć wodospadów.

Maku Maku Maku

Po całej okolicy obwiózł nas bardzo miły miejscowy - Burman, o ile dobrze pomnę imię. Poznałem go chcąc zrobić zdjęcie z najwyższego budynku w centrum Maku - będącego jeszcze w budowie 3, lub 4 piętrowego domu. Burman okazał się być właścicielem, zaprowadził mnie na dach, a potem gdy objaśniał co z niego widać to zaproponował, że zabierze nas do wspomnianego wcześniej meczetu. Oczywiście z propozycji skorzystaliśmy, a na meczecie się nie skończyło. Potem jego brat (kiedyś profesjonalny bokser ze sportowymi sukcesami) zabrał nas na przejażdżkę Paykanem po okolicznych punktach widokowych, którą zakończyliśmy u niego w ogrodzie przy herbacie i fajce wodnej.

Maku Maku

Maku dla nas się okazało chyba najgościnniejszym miastem w Iranie, bo kiedy wracaliśmy już do Turcji i o 5 rano wysiedliśmy właśnie tutaj z autobusu, to jeden ze współpasażerów - Kurd imieniem Yousef - zaprosił nas do siebie na śniadanie, a potem wraz z bratem odwiózł na granicę.

Maku

Może tak tutaj gościnnie, bo większość mieszkańców to Kurdowie właśnie, a nasze doświadczenia wskazują, że są oni niezwykle otwarci, gościnni i uczynni.