24-27.10.2007, Pokhara
W Pokharze nic nie ma poza setkami sklepów dla turystów, zarówno tych zdążających dopiero w góry i potrzebujących cudownie wodoodpornych kurtek jak i tych co właśnie wrócili i potrzebują nakupić pamiątek przed powrotem do domu. Szczęśliwie my poniekąd wpadaliśmy w obie te kategorie, więc nie nudziliśmy się przez te trzy dni, kóre zmuszeni byliśmy tam spędzić.
Pokhara jest uważana często za najpiękniejsze miasto Nepalu (co tylko wystawia kiepską opinię pozostałej części) i wielu emigrantów, np. w US&A, chce jedynie zarobić wystarczającą ilość pieniędzy, żeby móc sobie wybudować dom właśnie w Pokharze i żyć dostatnio. Ja ich nie rozumiem zupełnie, bo uważam, że jest to paskudne miasto i o niebo lepiej byłoby się osiedlić gdzieś w górach, ale co ja tam wiem... Nawet nie zauważyłem, że Pokhara zamienia się w betonową dżunglę, o czym przeczytałem w miejscowej gazecie, w której wzburzony dziennikarz dodawał, że niektórzy zaczynają już (o zgrozo!) stawiać budynki aż czteropiętrowe.
Poza wspomnianymi sklepami i drapaczami chmur można w Pokharze znaleźć jezioro, z brzegów którego powinien się rozpościerać widok na himalajskie ośmiotysięczniki. Niestety, przedłużający się monsun spowodował, że z trudnością można było dojrzeć zalesione wzgórza po drugiej stronie i musimy się zadowolić jedynie wcześniejszymi widokami tych gór na wyciągnięcie ręki
.

I jest jeszcze getto, pilnowane przez uzbrojonych żołnierzy. Cóż za antysemici z tych Nepalczyków... I jeszcze te ich wszędzie poumieszczane swastyki - tutaj na autobusie, tam biuro podróży o nazwie Lucky Swastika Travel
, a w telewizji jakby same niemieckie stacje - Zee Music
, czy Zee TV
.
Z dobrych rzeczy, to trzeba przyznać, że kwitnie tutaj kapitalizm. Jak widać na zdjęciach, kawiarenki internetowe oferują szeroką gamę usług - od nagrywania płyt aż po wynajem tragarzy. Funkcjonuje wiele embroidery centers
, gdzie można wybrać sobie wzór, a prawie od ręki naszyją go na koszulkę o wybranym rozmiarze. Ba, można nawet zamówić specjalny wzór, pokazać jakiś kiepskiej jakości wydruk z internetu, w pół godzinie wytłumaczyć co jest co, aby już następnego dnia odebrać wyhaftowanego na torbie weirdo beavera. Możliwość dodawania własnych wzorów do oferty sklepu sprawiła, że nie zdziwiłem się zbytnio widząc w niej nawet koszulki z logiem Firefoxa. Do tego jeszcze codziennie brytyjsko-niemiecko-francuskie literackie śniadanie (herbata, apfel strudel, croissan i gazeta) i można się znów czuć jak prawdziwy sahib.
Poza tym poszaleliśmy trochę w sklepach z odzieżą - głównie outdoorową, choć nie tylko, i nauczyliśmy się jeść Dhal Baat rękoma. Udało nam się też nakręcić krótki filmik, który (chociaż niestety kiepskiej jakości) ukazuje, czym jest ten rarytas i jak go należy jeść.
Dodaj komentarz
przeskocz do formularza