20.10.2007, Gurajun → Bamboo Lodge
Poprzednie popołudnie i wieczór czułem się naprawdę jak w Azji Południowo-Wschodniej. Chwilami jest taki krajobraz, że ciężko uwierzyć, że jest się w Himalajach, ale czasem jest tak, że ta świadomość bycia tysiące kilometrów od domu uderza. Właśnie tak jak tego wieczoru - równa ściana deszczu, a ja stoję na gangu jednego z domów rozrzuconych po soczyście zielonych, tarasowych, zalesionych wzgórzach. Jak na filmie Kurosawy.
Do Chomrong natomiast dotarliśmy w słońcu, ścieżką trawersującą jeden z zielonych, usianych tarasami i wioskami, stoków doliny. Chomrong okazał się rozległą (zwłaszcza w pionie - te niekończące się schody będą nas długo prześladować) wioską. Na samej górze znajdują się najlepsze hotele i tam właśnie zamierzamy się zatrzymać w drodze powrotnej.
Dalej droga była jeszcze gorsza niż schody w Chomrong. W gorącym lesie, ciągle góra-dół, po zawalonej kamieniami ścieżce. I na koniec jeszcze zaczęło kropić. Jako, że właśnie dotarliśmy do wioski Bamboo Lodge, to zaczęliśmy się zastanawiać czy się tu nie zakończyć dnia, na wypadek jakby się rozpadało. W trakcie naszych rozważań szczęśliwie lunęło i ukróciło wszelkie dylematy.
Zalokowaliśmy się w jednej z lodgy, zajmując ostatnie miejsca (a było jeszcze przed piętnastą!) i od razu zamówiliśmy Dhal Baaty. Powoli stajemy się koneserami tego dania, może wypadałoby zacząć jeść jak miejscowi - prawą ręką, a nie łyżką?
Po posiłku oddaliśmy się pasji czytelnictwa - Michał znalazł świetnie napisaną książkę Pete McCarthy'ego o podróży po Irlandii. Jak tu nie polubić książki o irlandzkich knajpach gdzie już na 9-tej stronie pojawia się nazwisko Mengele. Tego Mengele. Ja jedynie zdybałem 'The Economist', co ciekawe akurat kolejny numer po tym, który czytałem pod Aneto. A nasz hotelik jak hotelik, ściany z dykty tak cienkie, że ludzie z sąsiedniego pokoju zagłuszali mi rozmowę moich współlokatorów, a prysznic tak nisko zawieszony, że aby umyć głowę musiałem kucnąć.
Dodaj komentarz
przeskocz do formularza