19.10.2007, Ghorepani → Gurajun
O 5.30 zadzwonił budzik mający nas wysłać na wschód słońca na Poon Hill - wzgórze (marne 3208) wznoszące się nad Ghorepani, z którego rozciąga się piękna panorama - Dhaulagiri I, Annapurna I, Annapurna South, Hiunchuli i długo oczekiwana Machapuchara. Z tego względu Poon Hill (a szczególnie drobna wieżyczka na jego szczycie) przeżywa codziennie oblężenie setek turystów. Dosłownie.
Nam się jednak, jak się później okazało - szczęśliwie, nie chciało wstać i przewróciliśmy się tylko na drugi bok. Na wzgórze wyruszyliśmy dopiero po 6-ej i jak dotarliśmy na szczyt, to schodzili właśnie ostatni maruderzy. Mieliśmy więc dla siebie nie tylko budkę, ale i cały szczyt. Po chwili dotarła jeszcze mieszana ekipa polsko-malezyjska, z którą spotykamy się na szlaku jeszcze od czasu Kalopani (Marta, Tomek i Chu), i jeszcze parę osób. Tomek zrobił nam kilka radosnych zdjęć i zeszliśmy na śniadanie.
Żeby było weselej, ekipa polsko-malezyjska poznała się w Dublinie (co w zasadzie nie powinno dziwić) i trochę świata już zwiedziła, chociażby Mongolię. Co ciekawsze, Marta zamierzała zostać w Indiach na wolontariacie w ośrodku dla tybetańskich uchodźców, gdzieś w okolicach Shimli, o ile dobrze pamiętam. Bardzo fajni ludzie. Można ich dzieje obejrzeć na blogu train to himalaya, gdzie są świetne zdjęcia Tomka.
A szlak dzisiejszy wiódł przez las pełen powykręcanych drzew, splątanych konarów i kawałek dalej przez autentyczny gąszcz, prawdziwą dżunglę z lianami i tak bogatym poszyciem, że bez maczety nie byłoby co się zapuszczać. Natychmiastowo miałem skojarzenie z "Królem Olch".
Do Tadopani doszliśmy jakoś zaskakująco wcześnie (przed 14), więc nie było co się tam na nocleg zatrzymywać i pojawił się pomysł, żeby zrobić dziś dwa dni Kurczabowskie. Wychodząc z wioski natknęliśmy się na rzeźnię na świeżym powietrzu. Zbliżał się jakiś hinduistyczny festiwal i z tej okazji zarżnięto bawoła, rozłożono na ziemi jakąś folię i na niej dokonywano ćwiartowania.
Daleko jednak nie zaszliśmy, bo w Gurajun, gdy mijaliśmy właśnie British Ghorka Lodge, zaczęło padać i z oddali dobiegły grzmoty, więc, niewiele się namyślając, zatrzymaliśmy się tam na noc. I bardzo dobrze, bo był i ciepły prysznic, i świetny Dhal Baat (bez żadnych udziwnień, tylko sos na fasoli, zamiast na soczewicy), i taka dokładka, że po zjedzeniu jeszcze przez godzinę nie mogliśmy się ruszyć od stołu.
Dodaj komentarz
przeskocz do formularza