17.10.2007, Kalopani → Tatopani
Rano odsłoniły się piękne widoki na Dhampush Peak (który po zimnie panującym w Base Campie przed Thorong La bez większego żalu odpuściliśmy, jak się później okazało, słusznie, bo spotkani po drodze Niemcy mówili, że na Dapa Col, gdzie mieliśmy nocować bez namiotu, leży półtora metra śniegu) i Tukuche Peak. Annapurny i Nilgiri w chmurach, ale może jeszcze się po drodze pokażą, w końcu czeka nas jakieś 7 godzin marszu.
Jednakże w tamtych okolicach się nie przewiało, mimo że my szliśmy w słońcu. A droga wiedzie w dół koryta rzeki Kali Ghandaki omijając różne osuwiska ziemi, zarówno świeże jaki i starsze, i zastanawiając się jakim cudem powyżej Kalopani pomykają jeepy, skoro poniżej dopiero wykuwają drogę w skale. Najwyraźniej to efekt działania jakiejś tajemniczej nepali technology
.
Na naszej ścieżce królują natomiast karawany osłów (głównie chyba z workami z cementem do budowy drogi). W wąskich przejściach potrafią być szczególnie upierdliwe - chodzą wolno i jest ich wiele, a przy próbie minięcia potrafią zepchnąć ze ścieżki (co może być szczególnie nieprzyjemne jeśli znajdujemy się właśnie na krawędzi, nad korytem rzeki). Nie to, że specjalnie - sam osioł Cię wymija, jednak nie bierze poprawki na odstający na boki ładunek (a 50 kg cementu potrafi skutecznie zmusić do zmiany kierunku marszu).
Udało nam się jednak bez większych ekscesów dotrzeć do wioski Dana i skonsumować w ramach lunchu 'home made lasagne', czyli po prostu domowy makaron pocięty inaczej niż w długie paski, z odrobiną pomidorów i sera. Nie całkiem to czego się spodziewałem, niemniej jednak smaczne.
Po tym krótkim posiłku ruszyliśmy dalej do Tatopani, gdzie udało się nam zlądować o 16. Jak na nasze standardy to dość wcześnie, ale najwyraźniej nie wystarczająco, bo w najlepszych hotelach nie było już miejsc. Zostały nam jedynie dwie ostatnie nory w jakiejś bambusowej chatce o nazwie Namaste Lodge
(swoją drogą, polecanej w przewodniku Lonely Planet). Szczęśliwie poza norami był tam jeszcze hot shower
o temperaturze letniego deszczu i miejsce do zrobienia drobnego prania. Dodać do tego niedrogi (RS 150) Dhal Baat, który od paru dni towarzyszy nam co wieczór (głównie ze względu na zwyczajową dokładkę, która zamienia i tak pokaźną ilość jedzenia na prawdziwą wuchtę, zdolną nawet nas zaspokoić), i mamy obraz całkiem niezłego miejsca do spania. Byle tylko łóżka były wygodne, bo następnego dnia czeka nas 7 godzin marszu i 1700 metrów podejścia, więc mogą być jaja.
Dodaj komentarz
przeskocz do formularza