7.10.2007, Kyangshar → Tilicho Base Camp

Rano nad nami piękne, niebieskie niebo, chociaż widać, że zarówno w górę jak i w dół drogi kłębią się chmury. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Poranne głosy innych hotelowych gości pomogły nam jednak podjąć decyzję – idziemy w drugą stronę. Oni idą w kierunku Thorong La, więc nam nie pozostaje nic innego tylko iść prosto w paszczę lwa – do Tilicho Base Camp. Mimo leżącego podobno na drodze śniegu i zasypanego dojścia do samego jeziora. Jedynym plusem jest, że może uda nam się zdobyć autograf notorious Aleksandra Lwowa dla Kornelii.

Gangapurna Gangapurna .

Ruszyliśmy z Kyangshar o 10 i wpierw dwie godziny do rozejścia szlaków, a tam szybka decyzja: Michał idzie wariantem dolnym, czyli z 4200 (na którym był rozstaj) trawersuje, a potem łagodnie schodzi do Base Camp (4100), a Wiśnia i ja w celach aklimatyzacyjnych, widokowych i ogólno-kozackich wybieramy wariant górny. Podejście zakosami i trochę trawersem na 4800, a tam zaczynają się jaja – trawers stromego kamienistego osuwiska, miejscami w ogóle nieprzedeptany, a jeśli zjechać to na dół jest jakieś 600-700m, a potem skały i rzeka. Ale udało nam się czujnie przejść ten fragment i doszliśmy do miejsca skąd już widać schronisko i schodzący do niego zakosami przez strome piarżysko szlak. Ponownie kierując się powodami ogólno-kozackimi wybraliśmy drogę na skróty prosto w dół.

scree Little Mountain scree slope

Na dole znaleźliśmy się dość szybko, ja z dodatkiem kamieni w butach, które powpadały różnymi dziurami, ale zadowoleni z tego, że pierwszy raz udało nam się skrócić czas Kurczabowski (z 3.30 na 2.30, połowę na zejściu, połowę na podejściu). Swoją drogą, później się okazało, że miejscową atrakcją są zawody w zbieganiu z tego piarżyska. Za odpowiednią opłatą wwożą delikwenta na ośle na odpowiednią wysokość i stamtąd on zbiega. My pokonaliśmy trasę ‘hard’ na dodatek z solidnym obciążeniem.

balancing not so much comfortable

W schronisku czekała na nas kartka od Michała, że skoczył na rekonesans nad jezioro, i oczywiście notorious Alek Lwow z resztą kierownictwa Polish Tilicho Lake & Peak Expedition. Trzeba przyznać, że panowała senna atmosfera, atrakcją jedynie były Fakty i mity, a w nich jakaś kaczka dziennikarska o hakerze, który stworzył program, dzięki któremu Google obraża polskiego prezydenta.

Tilicho Expedition

 

6.10.2007, Braga → Kyangshar

W nocy Wiśnia miał drobny kryzys żołądkowy i łykał jakieś tabletki Ja też się nie czułem najlepiej po wczorajszym kolacyjnym obżarstwie. Rano jednak ze mną było już wszystko w porządku, a Wiśnia jeszcze coś tam łyknął. Szczęśliwie dziś przed nami krótka droga.

A’propos łykania. Pozany wczorajszego wieczoru Marek wspominał, że optymalnym panaceum na chorobę wysokościową jest zestaw dwóch aspiryn (lub polopiryn nie ma różnicy). Jak się wejdzie gdzieś wysoko i trzeba tam od razu spać, to po łyknięciu takiej porcji powinno być okej. Jeśli zmiana wysokości się mieści w granicach rozsądku rzecz jasna.

Marek ponadto był posiadaczem dobrej mapy regionu Annapurny i udało nam się na niej odnaleźć zdobyte przez nas wczoraj Little Mountain. Ku naszemu bezbrzeżnemu wkurwieniu okazało się, że do naszych pierwszych pięciu tysięcy zabrakło marnych 11 metrów. Ale cóż, 4989 to też fajna sprawa, a pięć tysięcy i tak w najbliższych dniach przekroczymy.

W lekkiej mżawce ruszyliśmy z Bragi, przez Manang, do Kyangshar. W Managu chwila zastanowienia czy nie przeczekać opadów w jednym z miejscowych kin, ale ostatecznie poszliśmy dalej. Była chwila adrenaliny gdy trawersowaliśmy wielki lej osuwiskowy – piach mało stabilny i wizja zjazdu w dół prosto do rzeki, ale przejście okazało się dość proste.

traversing

Gdy dotarliśmy do Kyangshar to zwyczajowa rundka po hotelach, w czasie której wynegocjowaliśmy darmowy nocleg, a żarcie też było całkiem tanie (Hotel on Hight – pisownia oryginalna) – pierożki momo za 110 RS. Czekając na jedzenie (chyba wieki, jak to zwykle tam bywa) ucięliśmy sobie pogawędkę z Robertem – Holendrem, który po treku naokoło Annapurny zamierza osiąść w jednym z buddyjskich klasztorów aby poznawać buddyzm i uczyć mnichów angielskiego. Sądząc po jego znajomości tego języka to do tego nie są wymagane żadne testy kompetencji. Robert był tutaj z żoną, Boliwijką z Santa Cruz, gdzie on sam mieszkał przez jakiś czas. Ciekawe skąd tacy ludzie biorą pomysły na życie?

on the roof

W chwili desperacji, przy padającym deszczu, zamówiłem nawet lokalne piwo chyang (z prosa i ryżu). Kawałki prosa nawet pływały przy dnie, wraz z nierozmieszanym cukrem. Zdawało się nawet odrobinę lepsze niż poprzednim razem. Tak, szczerze pisząc, to rzeczywiście było całkiem niezłe.

on the roof

Piwo się przydało, ponieważ w naszym dining room siedziała jeszcze inna (poza Robertem z żoną) parka z Santa Cruz, tyle że tego w Kalifornii (ech, te amerykański brak wyobraźni). Ale to też nie byli zwyczajni turyści – koleś jakiś czas temu zdobył Cho Oyu (8213). Czy w tych Himalajach nie ma zwyczajnych ludzi? Czy każdy musi być ciekawy mistycyzmu miejscowej kultury, uciekający przed zgiełkiem codzienności i chłonący całą duszą buddyjski spokój? Rzygać się od tego chce.

A na koniec dołączył do nich kolejny Amerykanin, wraz ze swoim ‘nepalskim przyjacielem’, któremu płaci za pilnowanie swojego domu i psa w Kathmandu pod nieobecność właściciela. Cóż za bezinteresowna przyjaźń.

 

5.10.2007, Braga → Ice Lake → Braga

Dzień rozpoczął się z opóźnieniem, jako że wstaliśmy dopiero koło 7.30. Przy śniadaniu ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z grupką Amerykanów na temat ich filtru do wody firmy Katadyn. Była to zwykła pompka z wymiennym filtrem w środku. Filtr ten działał bardzo szybko (faktycznie było to tyle czasu ile zajmowało przepompowanie wody z brudnej w czystą). Ponadto filtr w takich warunkach jak w Nepalu, gdzie woda jet stosunkowo czysta (choć nadal miałbym duże opory przed piciem prosto z potoku), starcza na dość długi okres czasu (dla ich kilkuosobowej grupy na parę tygodni).

?

Z innych ciekawostek, to dowiedzieliśmy się, że szef grupy pochodzi z Alaski, ale mieszka (i pracuje – w jakiejś gazecie) w Nepalu od 45 lat. Nawet próbował w 1964 wchodzić na Dhampush Peak (jeden z optymistycznych celów naszej wyprawy), gdy służył w Nepalu w amerykańskim Peace Corp. Ciekawy człowiek, wyraźnie kontrastuje ze stereopowym durnym Amerykaninem. Z przyjemnością więc zgodziliśmy się przynieść mu butelkę wody z Ice Lake, której zażyczyła sobie na ślub jego córka.

?

Ice Lake to jedna z klasycznych wycieczek aklimatyzacyjnych z Manangu (czy też, jak w naszym przypadku, Bragi). Według tablic informacyjnych wejście zajmuje cztery godziny, nam jednak udało się go dokonać w trzy, nawet bez jakiegoś większego sprężania się. Po drodze pojawiły się drobne objawy choroby wysokościowej – krew pulsująca w skroniach, ból głowy, ogólne zmęczenie. Wszystko to jednak minęło gdy już stanęliśmy nad jeziorem (4615), które, swoją drogą, nie okazało się ani w połowie tak imponujące jak zachwalali miejscowi. Spokojnie konkurencję mogłoby mu robić każde z naszych tatrzańskich.

Ice Lake

Ale na 4615 się wycieczka nie skończyła, bowiem Wiśnia wypatrzył taki malutki szczyt, jedynie jakieś 200m wyżej i grzechem byłoby go nie zdobyć. Mimo moich nieodpowiednich butów (4-letnie niskie Salomony, model pół-miejski i więcej w nich dziur niż w Świetlickim kobiety zrobiły) podchwyciłem jednak wyzwanie i we dwóch ruszyliśmy na szczyt, który oczywiście tymi 200m jedynie tak kokietował, a w rzeczywistości czekało nas jeszcze drugie tyle. Czyli Mont Blanc pobiliśmy ;)

top

Samo wejście było dość zacne, mokro w butach, śnieg spokojnie po kolana, choroba wysokościowa swoje dodaje, więc pod koniec już co 10-15 kroków odpoczynek. Ale satysfakcja, gdy stanęliśmy przy chorągiewkach modlitewnych na szczycie ogromna.

Chame

Potem ‘tylko’ zejście – głowa pulsuje, a każdy nagły nią ruch wywołuje ból, ale nikt nie mówił, że zdobywanie aklimatyzacji to przyjemna sprawa. Na dole po aspirynie i gorącym (sic!) prysznicu wszystko przeszło jak ręką odjął. Została tylko satysfakcja i przystosowanie organizmu do wysokości.

 

Klasztor buddyjski

W okolicach wioski Ngawal natknęliśmy się na klasztor ‘llama monks’, czyli mnichów buddyzmu tybetańskiego. Klasztor zamieszkuje Lama, trochę personelu (np. kucharz, czasem zewnętrzni nauczyciele) i młodzi mnisi, którzy uczą sie tam angielskiego, tybetańskiego i studiują święte teksty. Nie ma okreslonego czasu kiedy mnisi kończą naukę i opuszczają klasztor, mogą nawet siedzieć przy świętych tekstach do końca życia.

Buddhist monastery Buddhist monastery

Chłopcy trafiają do klasztoru w różnym wieku i pochodzą z odległych stron Nepalu. Rodzice oddają ich do centrali w Kathmandu, skąd zabierani są oni do różnych klasztorów. Rodzice widząc ich raz w roku gdy ci na wakacje przyjeżdżają w rodzinne strony.

Buddhist monk

 

4.10.2007, Upper Pisang → Braga

Ruszyliśmy koło 9 wijącą się w górę ścieżką do malowniczej wioski Ghyoro. Wyglądała pięknie – kamienne domki, naokoło kolorowe pola, a nad tym wszystkim górujący Pisang Peak (6091). Dla mnie i Michała padł rekord wysokości – 3800, trochę nad wioską, ale jeszcze go dobre parę razy przebijemy.


Manaslu?
Gokyo
Pisang Peak & Gokyo

Dalej droga trawersuje lekko schodząc w dół do wioski Ngawal. Po drodze piękne widoki na masyw Annapurny, Oble Dome, Tilicho Peak, Gangapurnę, różne Chule…


Annapurna range
?

Na nocleg zeszliśmy do Bragi, hoteliku New Yak – fajny standard, ładne pokoje, duzy i ceipły dining room i świetna zupa czosnkowa (w końcu czosnek ponoć pomaga na chorobę wysokościową zwaną w pewnych kręgach ‘syndromem Polly’). Poza tym jeszcze krótka wycieczka na lekko do Manangu celem sprawdzenia stanu neciku (status: Internet ist kaputt) i nabrania wody pitnej (której też brak po 17). Co ciekawe, podobno Internet jest dostępny w Thorong Phedi (ostatniej wiosce przed docelową przełęczą Thorong La, o której Kurczab pisze, że brak tam nawet prądu).


Mani

Z tego co natomiast w Manangu można znaleźć to kina (a właściwie sale telewizyjne), gdzie można obejrzeć takie filmy jak – 7 lat w Tybecie, Czekając na Joe, Granice wytrzymałości, Kunokun, Everest Caravan, Into the Thin Air i … Blood Diamond. Poza tym jest Cultural Museum of Manang (jak szumnie się nazywa niski budyneczek zamknięty na kłódkę i nie odróżniający sie niczym od sąsiednich), pełen asortyment usług dla trekkerów – telefony, sklepy turystyczno-spożywczo-księgarniane, pralnie, punkty zgrywania zdjeć na CD. Słowem – prawdziwa metropolia w sercu gór. Nic ciekawego, dobrze że nocujemy w odległej o jakieś 30 min Bradze.