12.10.2007, Thorong Phedi Base Camp → Thorong Peak → Thorong Phedi High Camp
Dziś dzień rekonesansu i, jeśli warunki pozwolą, ataku na Thorong Peak (6032/6207). Pobudka o 5.30, o 6.10 ruszyliśmy z Base Camp do High Camp, tam przepak i koło 8 ruszaliśmy w kierunku przełęczy wyposażeni w podręczne zestawy zdobywaczy szczytów. Na przełęcz Thorong La dotarliśmy w półtorej godziny, w doskonałej formie, więc sytuacja psycho-fizyczna rokowała nieźle. Chmury znad Thorong Peak przewiewało i chwilami było widać cały szczyt, po drodze też były niezłe widoki, więc padła decyzja, żeby napierać.
Szybkie przygotowanie w budce z herbatą na przełęczy Thorong La (podobno najdroższa herbata w Nepalu - 4zł za kubek bodajże) - drugie śniadanie, założenie stuptutów oraz raczków (które śmiało mogą konkurować o tytuł najgłupszego pomysłu wyjazdu) i ruszamy w górę. Wpierw przez małe garbki, na których miejscami wystawały spod śniegu kamienie a miejscami było śniegu po pas. Ale humory dopisywały, entuzjazm był i torowałem drogę z uśmiechem na ustach.


Dalej zaczęło się faktycznie podejście - wybijanie stopni w stoku o około 60-stopniowym nachyleniu. Miejscami było to problematyczne, gdy pod cieniutką warstwą sypkiego śniegu trafiałem na oblodzone skalne płyty i, nie mając o co oprzeć nogi, zjeżdżałem metr lub dwa. Jednak metodą prób i błędów, przy akompaniamencie mruczanych pod nosem przekleństw, czasami po naprawdę minimalnych stopniach i z wyobraźnią podsuwającą różne możliwe wypadki szliśmy dalej. Michał zaraz za mną na tyle blisko, że bałem się, że przy jakiś mocniejszym zjeździe go podetnę, Wiśnia coraz bardziej z tyłu, często przystawał dla złapania oddechu.
Po przejściu najostrzejszego odcinka znaleźliśmy jakieś relatywnie płaskie miejsce, usiedliśmy na plecakach i czekaliśmy na Wiśnię. W pewnym momencie wyłoniła się zza krawędzi jego wymęczona twarz, po czym zaraz padła w śnieg. Niepokojące było to, że był jedynie jakieś 5-6 metrów pod nami i jeśli nie mógł podejść tego kawałka, żeby usiąść z nami, w o wiele wygodniejszym miejscu, to musiało być z nim naprawdę kiepsko. Zszedłem do niego, słabym głosem jedynie wysapał, że chciał herbaty, skoczyłem więc do Michała po termos i nalałem mu. Wiśnia popił herbaty, zjadł snickersa i niby wyglądał lepiej, ale ręce mu ciągle drżały i nie sprawiał wrażenia, że byłby w stanie sam spokojnie zejść na dół. W jego przypadku dalsza droga na górę była już całkowicie wykluczona. Szybka decyzja i sprowadzam go na dół. Jeszcze tylko krótka rozmowa z Michałem, wybicie mu z głowy postawy "albo wszyscy wchodzimy, albo wszyscy schodzimy", podział wody, uścisk ręki, życzenia powodzenia i tak rozstaliśmy sę na 5800, jakieś 200m pod domniemaym szczytem. Żal, że tak blisko.

Włożyłem swój plecak do Wiśniowego, zarzuciłem ten dugi na plecy i schodzimy. Było kilka paromerowych zjazdów w oblodzonych miejscach i ciężkie przedzieranie się przez rząd śnieżnych garbów, ale generalnie spoko. W teahousie na przełęczy chwilę poobserwowaliśmy jak Michał brnie dalej do góry, ale nie dało się tam długo wytrzymać ze względu na silny wiatr, więc zeszliśmy do High Campu. Po drodze chyba rozszyfrowaliśmy zagadkę różnych kot wysokościowych Thorong Peaku - obie (6032 i 6207) są prawidłowe, po prostu odnoszą się do dwóch różnych wierzchołków.
W High Campie spotkaliśmy kilku Polaków, zjedliśmy coś, miło sobie pogadaliśmy i w momencie gdy już chcieliśmy wyruszać na poszukiwania to jakoś przed 18 wrócił Michał. Okazało się, że koło 15 stanął na szczycie (tym 6207) i tym samym sprawił, że nasza wyprawa zakończyła się sukcesem, szkoda tylko, że bez mojego osobistego wejścia. Ale, jakby pewnie napisał nasz ulubiony pisarz literatury górskiej - notorious A.L., zwyciężył rozsądek i przyjaźń, a nie ambicja i brawura. Ja jedynie napiszę, że zrobiliśmy to co było trzeba.

Niestety, potwierdziła się też maksyma, że najwięcej wypadków zdarza się na zejściu, gdyż Michał poślizgnął się na lodzie, i zjechał jakieś 200-300 metrów po stoku. Szczęśliwie ta potencjalnie śmiertelna sytuacja (wystarczyło, że zniosłoby go na lewo...) nie zakończyła się tragicznie. Ba, praktycznie bez obrażeń.
11.10.2007, Letdar → Thorong Phedi Base Camp
Wstaliśmy jakoś przed 9 i od razu szok kulinarny. Niektórych pozycji z menu "się nie robi" na śniadanie. Ech, standardy lecą w dół wraz z wysokością i ilością turystów. Trudno być Białym Sahibem o krok od przełęczy.
W czasie naszego śniadania za oknem przewalały się tłumy turystów. Ciekawe jak będzie z miejscami w hotelikach w Thorong Phedi. No i z prysznicem. Choć, szczerze pisząc, wizja czystości mojej osoby mentalnie wiąże się z przebyciem przełęczy. Wcześniej niezbyt na to liczę, a "po drugiej stronie" raczej nie usłyszymy już sformułowania "bucket shower".
Rzeczywistość wprowadziła pewne korekt do Kurczabowskiego opisu trasy:
Dolny hotelik Thorong Phedi już nie istnieje, bo szlak prowadzi znów (tak jak "stary" sprzed X'99) w dół przez most na prawy brzeg Kone Khola i tym brzegiem dochodzi do Thorong Phedi Base Camp. Jest to prawdopodobnie spowodowane rozległymi osuwiskami ziemi na lewym orograficznie brzegu rzeki.
Po jakichś dwóch godzinach dotarliśmy do Thorong Phedi Base Camp i zajęliśmy jeden z ostatnich pokoi (a przynajmniej tak twierdził kiero, kto go tam wie jak było naprawdę, choć tłumy turystów naokoło zdawały się potwierdzać jego wersję). Jako, że była dopiero 12 to, mimo rozpoczynającego się opadu śniegu, stwierdziłem że podskoczę do wyższego hotelu High Camp. Gdy tam dotarłem to postanowiłem tak aklimatyzacyjnie pójść dalej i dotarłem na jakieś 5000 w kierunku przełęczy. Nic specjalnie ciekawego nie było, padający śnieg zasłaniał ewentualne widoki, więc gdy ścieżka przestała się wznosić to zawróciłem do High Camp, zarezerwowałem pokój na jutrzejszy nocleg i uciąłem sobie pogawędkę z ponownie spotkanym wiedeńskim Żydem. Podniósł mnie na dachu mówiąc, że poprzedniej nocy w Yak Kharce mieli równie kiepskie warunki jak my w Letdarze.
Potem do wieczora już tylko siedzenie we wspólnej sali (bo ciepło), czytanie książek (zostawionych tutaj przez turystów) i próby ignorowania dochodzących zewsząd zapachów jedzenia. No i wieczory Dhal Baat, przy którym mieliśmy niezły ubawe obserwując jak jakiś miejscowy kantował wynajmujących go Hiszpanów w remi-brydża. Niby nie znał tej gry, ale robienie podkładów i podmienianie kart miał świetnie opanowane. Ale zbyt długo nie pograli, bo poszli wcześnie spać, bo następnego dnia z rana (o 4) miał ruszyć wyścig tragarzy na Thorong La. Oczywiście z ładunkami.
10.10.2007, Kyangshar → Letdar
Wczorajszy wieczór spędziliśmy w towarzystwie pozostałych gości hotelu Tilicho Peak: trójki Czechów i parki Austriaków (a właściwie, jak się później okazało nie Austriaków, a Niemki i Żyda, po prostu poznali się studiując w Wiedniu). Normalni ludzie, po prostu sobie przyjechali po górach pochodzić, Czesi pierwszy raz, a "Austriacy" podróżują tak już od dłuższego czas, ale żadnego skrzywienia nie dostali. Przyjemna odmiana po bandzie freaków, z którymi mieliśmy do czynienia parę dni temu.
Pogadaliśmy o sytuacji politycznej w Nepal, co w nim można robić ciekawego poza chodzeniem po górach i dlaczego Nepal bije na głowę wszystkie Tajlandie, Kambodże, Laosy, czy inne Wietnamy. Bo bije. Podobno.
Rano ostre momosy na śniadanie i o 9.30 ruszyliśmy w drogę. Najpierw 'seasonal trail' do Yak Kharki. Po jakiejś godzinie natrafiliśmy na kompletnie wymarłą, pustą (jeśli nie liczyć kozich "śladów") wioskę. Pootwierane i wymiecione ze wszystkiego domy sprawiały wrażenie niezamieszkanych, choć na polach nieopodal pracowali jacyś ludzie.
Ścieżka wiodła dalej brzegiem Marsyandi, aż do małego drewnianego mostku, który wyprowadził nas na szlak Manang - Yak Kharka. Yak Kharka (co oznacza po prostu "pastwisko jaków" i przez to jest dość popularną nazwą) okazała się skupiskiem hoteli raczej niż wioską. Zjedliśmy tam jakieś wyroby piekarniano-cukiernicze i pokonwersowaliśmy znowu ze spotkanymi wczorajszego wieczoru "Austriakami" o zmianach w Polsce i Europie Wschodniej w ostatnich latach, polityce, sile waluty, wprowadzeniu euro i innych, podobnie lekkich, tematach. W końcu wyruszyliśmy do Letdaru i to był błąd.
Letdar to po prostu trzy hoteliki najwyraźniej ścigające się kto zaoferuje niższy standard. Oczywiście w żadnym nie ma prysznica ani ciepłej wody, w jednym zaoferowali nam pokój gorszy niż by mieszkać w piwnicy w moim bloku, a w drugim kręcąc głową zaoferowali nam Dhal Baat "już" za dwie godziny. Trzeci natomiast prezentował się na tym tle odpychająco. Trzeba chyba było zostać w Yak Kharka.
Z pozytywów, to mogliśmy sobie z bliska obejrzeć w końcu osławione jaki. Potrafią być one podstawą egzystencji pasterzy w wyższych partiach gór. Ze skór tworzą oni sobie ubrania i namioty, z sierści plotą sznury, mięso, mleko i tworzone z niego masło spożywają, a jacze łajno płonie w ich ogniskach. No, jeszcze ładunki noszą i są doskonale przystosowane do życia na wysokościach powyżej 4000. W sumie, to tylko do życia na wysokościach, bo po sprowadzeniu niżej szybko chorują, przegrzewają się w swoich futrach i giną.
9.10.2007, Hotel Tilicho Peak nad Kyangsharem
Rano Wiśni stan zdrowotny spowodował, że zdecydowaliśmy się zostać na cały dzień w hotelu i dać choremu dojść do siebie. Spokojnie więc śniadanie o 9 i rolax max. Cały dzień przedupczyliśmy na pierdołach – czytanie rozmówek, zabawy aparatem (kolejna czystka zdjęć), odrobina żonglerki, opalanie, pranie, etc.
Wczesnym popołudniem przechodzili koło naszego hotel bikersi, którzy rano byli nad Tilicho Peak i mówili, że rano było dość ładnie – niebiesko-zielono i bez chmur, ale jakoś nie rozpływali się w zachwytach. My też po zobaczeniu osławionego Ice Lake podchodzimy z dużym sceptycyzmem do piękna tutejszych jezior. Zresztą, czy można wierzyć komuś kto wybrał się rowerem naokoło Annapurny?
Cały dzień rozłożony był na dach nieopodal nas jakiś dziadek, który najwyraźniej przygotowywał się do przejścia na drugą stronę. Dzień zaczynał od spalenia jakichś krzaków, co najwyraźniej jest jakimś rytuałem religijnym, a potem na zmianę spał i modlił się (z książeczką lub młynkiem modlitewnym), z drobnymi przerwami na jedzenie.
8.10.2007, Tilicho Base Camp → Kyangshar
O 7 rano były wszędzie chmury, więc spaliśmy dalej, ale już o 8 wyłonił się Tilicho Peak i część Wielkiej Bariery, co sprawiło iż pojawił się plan podskoczenia kawałek w górę, aby zobaczyć co się da i znikać „w dół” do Yak Kharki albo Letdar, gdzie nam będzie dane dojść.
Podszedłem jakieś pół godziny w kierunku jeziora i udało mi się zobaczyć piękny widok na Roc Noir (szczyt kończący z jednej strony Wielką Barierę), 3 stada kozic, jednego kozackiego kozła, a nawet orła. Istne Animal Planet. Teleobiektyw był mocno w użyciu.
Z Tilicho Base Camp wybraliśmy tym razem wariant dolny, jak się okazało równie sypki i usiany landslide’ami. Niemniej jednak szło się dość przyjemnie. Koło 13.30 doszliśmy do hotelu Tilicho Peak (tuż przed odejściem seasonal trail na Yak Kharkę) i tutaj nastąpiła zmiana planów – obiadek i zostajemy na noc, żeby Wiśnia, którego zaczęła jakaś choroba chwytać, mógł odzyskać siły.
Po obiedzie tylko Michał i ja skoczyliśmy do Manangu po wodę i jakieś szturmżarcie. No, może z drobną nadzieją na internet. Droga była całkiem spoko, dość szybko zbiegliśmy, a w Manangu tłum – w końcu ostatnio byliśmy tam w sobotę, gdy wszyscy bogobojni Żydzi siedzą w domu, a teraz wylegli różne geszefciki załatwiać.
Wróciliśmy znalezionym traktem lepszym niż ten opisany u Kurczaba, a idzie on tak:
Z Manangu wychodzimy kierując się strzałkami na Tilicho Lake, nie przechodzimy jednak od razu na drugi brzeg lecz idąc lewym orograficznie brzegiem Marsyandi mijamy miejsce gdzie wpada do niej (po drugiej stronie) jeden z dopływów. Idąc dalej (od Manangu jakieś 0:25) dochodzimy do mostu, którym przechodzimy na prawy orograficznie brzeg rzeki i prostą ścieżką, która łagodnie idzie pod górę dochodzimy do Kyangshar.
Tak jak wcześniej był pomysł, żeby w przypadku braku poprawy Wiśni zdrowia skoczy do Manangu do kina, to po naszym wieczornym powrocie poszedł w odstawkę. Droga powrotna się mocno dłużyła, zwłaszcza końcówka, pokonywana w prawdziwych ciemnościach, przy świetle czołówek.

