11.10.2007, Letdar → Thorong Phedi Base Camp

Wstaliśmy jakoś przed 9 i od razu szok kulinarny. Niektórych pozycji z menu "się nie robi" na śniadanie. Ech, standardy lecą w dół wraz z wysokością i ilością turystów. Trudno być Białym Sahibem o krok od przełęczy.

skull

W czasie naszego śniadania za oknem przewalały się tłumy turystów. Ciekawe jak będzie z miejscami w hotelikach w Thorong Phedi. No i z prysznicem. Choć, szczerze pisząc, wizja czystości mojej osoby mentalnie wiąże się z przebyciem przełęczy. Wcześniej niezbyt na to liczę, a "po drugiej stronie" raczej nie usłyszymy już sformułowania "bucket shower".

Annapurnas

Rzeczywistość wprowadziła pewne korekt do Kurczabowskiego opisu trasy:

Dolny hotelik Thorong Phedi już nie istnieje, bo szlak prowadzi znów (tak jak "stary" sprzed X'99) w dół przez most na prawy brzeg Kone Khola i tym brzegiem dochodzi do Thorong Phedi Base Camp. Jest to prawdopodobnie spowodowane rozległymi osuwiskami ziemi na lewym orograficznie brzegu rzeki.

Annapurnas

Po jakichś dwóch godzinach dotarliśmy do Thorong Phedi Base Camp i zajęliśmy jeden z ostatnich pokoi (a przynajmniej tak twierdził kiero, kto go tam wie jak było naprawdę, choć tłumy turystów naokoło zdawały się potwierdzać jego wersję). Jako, że była dopiero 12 to, mimo rozpoczynającego się opadu śniegu, stwierdziłem że podskoczę do wyższego hotelu High Camp. Gdy tam dotarłem to postanowiłem tak aklimatyzacyjnie pójść dalej i dotarłem na jakieś 5000 w kierunku przełęczy. Nic specjalnie ciekawego nie było, padający śnieg zasłaniał ewentualne widoki, więc gdy ścieżka przestała się wznosić to zawróciłem do High Camp, zarezerwowałem pokój na jutrzejszy nocleg i uciąłem sobie pogawędkę z ponownie spotkanym wiedeńskim Żydem. Podniósł mnie na dachu mówiąc, że poprzedniej nocy w Yak Kharce mieli równie kiepskie warunki jak my w Letdarze.

Thorong High Camp

Potem do wieczora już tylko siedzenie we wspólnej sali (bo ciepło), czytanie książek (zostawionych tutaj przez turystów) i próby ignorowania dochodzących zewsząd zapachów jedzenia. No i wieczory Dhal Baat, przy którym mieliśmy niezły ubawe obserwując jak jakiś miejscowy kantował wynajmujących go Hiszpanów w remi-brydża. Niby nie znał tej gry, ale robienie podkładów i podmienianie kart miał świetnie opanowane. Ale zbyt długo nie pograli, bo poszli wcześnie spać, bo następnego dnia z rana (o 4) miał ruszyć wyścig tragarzy na Thorong La. Oczywiście z ładunkami.


O wpisie