6.10.2007, Braga → Kyangshar
W nocy Wiśnia miał drobny kryzys żołądkowy i łykał jakieś tabletki Ja też się nie czułem najlepiej po wczorajszym kolacyjnym obżarstwie. Rano jednak ze mną było już wszystko w porządku, a Wiśnia jeszcze coś tam łyknął. Szczęśliwie dziś przed nami krótka droga.
A’propos łykania. Pozany wczorajszego wieczoru Marek wspominał, że optymalnym panaceum na chorobę wysokościową jest zestaw dwóch aspiryn (lub polopiryn nie ma różnicy). Jak się wejdzie gdzieś wysoko i trzeba tam od razu spać, to po łyknięciu takiej porcji powinno być okej. Jeśli zmiana wysokości się mieści w granicach rozsądku rzecz jasna.
Marek ponadto był posiadaczem dobrej mapy regionu Annapurny i udało nam się na niej odnaleźć zdobyte przez nas wczoraj Little Mountain. Ku naszemu bezbrzeżnemu wkurwieniu okazało się, że do naszych pierwszych pięciu tysięcy zabrakło marnych 11 metrów. Ale cóż, 4989 to też fajna sprawa, a pięć tysięcy i tak w najbliższych dniach przekroczymy.
W lekkiej mżawce ruszyliśmy z Bragi, przez Manang, do Kyangshar. W Managu chwila zastanowienia czy nie przeczekać opadów w jednym z miejscowych kin, ale ostatecznie poszliśmy dalej. Była chwila adrenaliny gdy trawersowaliśmy wielki lej osuwiskowy – piach mało stabilny i wizja zjazdu w dół prosto do rzeki, ale przejście okazało się dość proste.
Gdy dotarliśmy do Kyangshar to zwyczajowa rundka po hotelach, w czasie której wynegocjowaliśmy darmowy nocleg, a żarcie też było całkiem tanie (Hotel on Hight – pisownia oryginalna) – pierożki momo za 110 RS. Czekając na jedzenie (chyba wieki, jak to zwykle tam bywa) ucięliśmy sobie pogawędkę z Robertem – Holendrem, który po treku naokoło Annapurny zamierza osiąść w jednym z buddyjskich klasztorów aby poznawać buddyzm i uczyć mnichów angielskiego. Sądząc po jego znajomości tego języka to do tego nie są wymagane żadne testy kompetencji. Robert był tutaj z żoną, Boliwijką z Santa Cruz, gdzie on sam mieszkał przez jakiś czas. Ciekawe skąd tacy ludzie biorą pomysły na życie?
W chwili desperacji, przy padającym deszczu, zamówiłem nawet lokalne piwo chyang (z prosa i ryżu). Kawałki prosa nawet pływały przy dnie, wraz z nierozmieszanym cukrem. Zdawało się nawet odrobinę lepsze niż poprzednim razem. Tak, szczerze pisząc, to rzeczywiście było całkiem niezłe.
Piwo się przydało, ponieważ w naszym dining room siedziała jeszcze inna (poza Robertem z żoną) parka z Santa Cruz, tyle że tego w Kalifornii (ech, te amerykański brak wyobraźni). Ale to też nie byli zwyczajni turyści – koleś jakiś czas temu zdobył Cho Oyu (8213). Czy w tych Himalajach nie ma zwyczajnych ludzi? Czy każdy musi być ciekawy mistycyzmu miejscowej kultury, uciekający przed zgiełkiem codzienności i chłonący całą duszą buddyjski spokój? Rzygać się od tego chce.
A na koniec dołączył do nich kolejny Amerykanin, wraz ze swoim ‘nepalskim przyjacielem’, któremu płaci za pilnowanie swojego domu i psa w Kathmandu pod nieobecność właściciela. Cóż za bezinteresowna przyjaźń.
Dodaj komentarz
przeskocz do formularza