5.10.2007, Braga → Ice Lake → Braga

Dzień rozpoczął się z opóźnieniem, jako że wstaliśmy dopiero koło 7.30. Przy śniadaniu ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z grupką Amerykanów na temat ich filtru do wody firmy Katadyn. Była to zwykła pompka z wymiennym filtrem w środku. Filtr ten działał bardzo szybko (faktycznie było to tyle czasu ile zajmowało przepompowanie wody z brudnej w czystą). Ponadto filtr w takich warunkach jak w Nepalu, gdzie woda jet stosunkowo czysta (choć nadal miałbym duże opory przed piciem prosto z potoku), starcza na dość długi okres czasu (dla ich kilkuosobowej grupy na parę tygodni).

?

Z innych ciekawostek, to dowiedzieliśmy się, że szef grupy pochodzi z Alaski, ale mieszka (i pracuje – w jakiejś gazecie) w Nepalu od 45 lat. Nawet próbował w 1964 wchodzić na Dhampush Peak (jeden z optymistycznych celów naszej wyprawy), gdy służył w Nepalu w amerykańskim Peace Corp. Ciekawy człowiek, wyraźnie kontrastuje ze stereopowym durnym Amerykaninem. Z przyjemnością więc zgodziliśmy się przynieść mu butelkę wody z Ice Lake, której zażyczyła sobie na ślub jego córka.

?

Ice Lake to jedna z klasycznych wycieczek aklimatyzacyjnych z Manangu (czy też, jak w naszym przypadku, Bragi). Według tablic informacyjnych wejście zajmuje cztery godziny, nam jednak udało się go dokonać w trzy, nawet bez jakiegoś większego sprężania się. Po drodze pojawiły się drobne objawy choroby wysokościowej – krew pulsująca w skroniach, ból głowy, ogólne zmęczenie. Wszystko to jednak minęło gdy już stanęliśmy nad jeziorem (4615), które, swoją drogą, nie okazało się ani w połowie tak imponujące jak zachwalali miejscowi. Spokojnie konkurencję mogłoby mu robić każde z naszych tatrzańskich.

Ice Lake

Ale na 4615 się wycieczka nie skończyła, bowiem Wiśnia wypatrzył taki malutki szczyt, jedynie jakieś 200m wyżej i grzechem byłoby go nie zdobyć. Mimo moich nieodpowiednich butów (4-letnie niskie Salomony, model pół-miejski i więcej w nich dziur niż w Świetlickim kobiety zrobiły) podchwyciłem jednak wyzwanie i we dwóch ruszyliśmy na szczyt, który oczywiście tymi 200m jedynie tak kokietował, a w rzeczywistości czekało nas jeszcze drugie tyle. Czyli Mont Blanc pobiliśmy ;)

top

Samo wejście było dość zacne, mokro w butach, śnieg spokojnie po kolana, choroba wysokościowa swoje dodaje, więc pod koniec już co 10-15 kroków odpoczynek. Ale satysfakcja, gdy stanęliśmy przy chorągiewkach modlitewnych na szczycie ogromna.

Chame

Potem ‘tylko’ zejście – głowa pulsuje, a każdy nagły nią ruch wywołuje ból, ale nikt nie mówił, że zdobywanie aklimatyzacji to przyjemna sprawa. Na dole po aspirynie i gorącym (sic!) prysznicu wszystko przeszło jak ręką odjął. Została tylko satysfakcja i przystosowanie organizmu do wysokości.


O wpisie