sunbathing
16.10.2007, Tukuche → Kalopani
Wstaliśmy o 6.30, ale tylko po to, aby odwołać zamówione poprzedniego wieczoru na 6.45 śniadanie, bo straszliwie lało. Iście monsunowo. Wróciliśmy więc, chłopaki do spania, ja do lektury Himalaya
. Śniadanie w końcu zjedliśmy po dziewiątej, a potem obijaliśmy się do 12, bo deszcz nie ustawał.
O 12 spakowaliśmy się i przenieśliśmy na werandę licząc na złapanie jakiegoś jeepa do Kalopani. Jednakże, jako że przez dwie godziny nic nie jechało (poza jednym samochodem, w którym zaproponowali nam miejsca na dachu) i w międzyczasie przestało padać, to ruszyliśmy w dalszą drogę pieszo. Naokoło pełno chmur i generalnie mało zachęcająco (co nie znaczy 'mało fotogenicznie'). Jednak gdy dotarliśmy do Kalopani to ukazała się piękna panorama masywów Nilgiri i Annapurna (łącznie z pierwszy raz widzianym przez nas wierzchołkiem Annapurna I).
15.10.2007, Jomsom → Tukuche
Jakoś przed ósmą ruszyliśmy na obchód miasteczka, a może raczej małej metropolii, bo samoloty startują tutaj co jakieś 15-30 minut. Po samolotach drugim najpopularniejszym środkiem transportu są motocykle. Nie byle jakie pierdzikółki jak w Maroku, ale takie prawdziwe - w większości marki Escorts. Samochodów jest bardzo mało - widzieliśmy jednego jeepa do przewozu turystów do Kagbeni i dalej do Muktinath i jeden traktor.
Poza środkami transportu jest tu dużo Tibetan Hand Made Souvenir Shop
gdzie można znaleźć pełno pamiątkowego badziewia dla turystów. Choć, muszę przyznać, można też znaleźć naprawdę fajne rzeczy - noże kukri używane przez Gurków (a przynajmniej widać, że używane i widać wygrawerowany napis Ghorka Army
oraz numer seryjny), różnego rodzaju figurki, pudełeczka i miseczki (często misternie rzeźbione i pięknie zdobione) oraz oczywiście biżuteria - unikatowa, ręczna robota, ciekawe wzory, dość łatwo znaleźć coś ładnego (chyba, że ktoś ma rzeczywisty brak zmysłu estetycznego - jak Wiśnia ;), a przede wszystkim tania.
Słowa te piszę na dachu naszego lodge, po dobrym śniadaniu złożonym z czekoladowego rogalika i bułki z dżemem, jeszcze ciepłych, pewnie prosto z tutejszego German Bakery
, racząc się pięknym widokiem na masyw Nilgiri.
Przyglądaliśmy się również okolicznym dachom, które są doskonale zagospodarowane - poza sporadycznymi bateriami słonecznymi można na nich zwykle ujrzeć suszone drewno na opał, siano, obrany maniok, a nawet pocięte w plasterki jabłka.
Wracając do sprawy piekarni, aż do dzisiaj myślałem, że wszystkie takie przybytki w Nepalu noszą nazwę German Bakery
lub Fresh Bakery
. Jednak w czasie drogi udało nam się znaleźć dwa ewenementy na skalę krajową - Himalayan Bakery
i Dutch Bakery
. Może jednak tkwi w tym narodzie iskra kreatywności.
Dzisiejsza droga wiodła dalej doliną Kali Ghandaki, czyli cały dzień marszu korytem rzeki z silnym wiatrem prosto w oczy. Nauczyliśmy się wybierać drogę niższą, bliżej nurtu, zamiast wyższej - samochodowej. Wieje bardziej, ale jest mniej kręta i nie trzeba tyle dreptać góra-dół. W Marphie trafiliśmy na świetnie zaopatrzony provision shop
o wdzięcznej nazwie Yak Books
, gdzie od Himalaya
Michaela Palina rozpoczął się mój szał kupowania książek.
Na lunch zatrzymaliśmy się w Tukuche. Niestety, zaraz po nas sąsiedni stolik obsiadła grupa młodych reprezentantów plemienia Mojżeszowego. Znowu się okazało, że dobre wychowanie, takt i szacunek dla innych to nie jest ich mocna strona. A fakt, że zwykle takie grupy to są świeżo upieczeni studenci, zaraz po odbyciu służby wojskowej im raczej nie pomaga w tej dziedzinie.
W czasie gdy spokojnie spożywaliśmy nasz posiłek (a raczej w czasie jak na niego czekaliśmy) to deszczowe chmury zasłoniły czekającą nas (podobno pełną widoków na Dhaulagiri I) drogę. Postanowiliśmy więc w Tukuche właśnie zakończyć dzisiejszy etap. Po obskoczeniu prawie wszystkich hotelików w mieście dokonaliśmy wyboru kierując się względami kulinarnymi. I udało się nam to wyśmienicie - żarcie nie dość, że tanie (Dhal Baat za RS 130), to na dodatek świetne. Dhal Baat zamiast sosu z soczewicy miał zupę fasolową, co dało świetny efekt, a zamówiona później pomidorowa okazała się robiona ze świetnych, młodych pomidorów. Oczywiście, nasze standardy mogły ulec obniżeniu po 2 tygodniach w górach, ale było to najlepsze żarcie jakie dotychczas jedliśmy. Podsumowując, polecam serdecznie Caravan Restaurant
alias Lotus Lodge
, chyba że ktoś jest niepewny swojej seksualności i mógłby przestraszyć się stereotypowo pedalskiej fizjonomii właściciela.
A Himalaya
Palina jest świetna - na luzie, komiczna, i na dodatek utrzymana w formie dziennika. A zdjęcia Basil Pao doskonale ją uzupełniają.
14.10.2007, Muktinath → Jomsom
Nasz szaleńczy plan wstania o 6 rano wziął w łeb, bo nie dość, że w nocy mocno padało (co się dzieje z tym monsunem, do jasnej cholery!), to rano całe miasteczko było w chmurze. W takiej sytuacji plany fotografowania misternych buddyjskich świątyń przy delikatnym świecie poranka wzięły w łeb. Gwoli ścisłości, należy przyznać, że takie zjawisko jak "delikatne światło poranka" tutaj w ogóle nie występuje, bo gdy już słońce wychyli się zza szczytów i oświetli doliny, to stoi już całkiem wysoko i ostro świeci.
Zostało nam więc śniadanie o 8 rano z pierożków momo i spacer po zamglonym Muktinath. Przy śniadaniu przyuważyłem naklejkę firmy Pajak (której bym chciał w tym momencie serdecznie podziękować za doskonale się sprawujący plecak Kalahari 60+15, z którym spędziłem te 5 tygodni w Nepalu) na oknie restauracji. Fajny taki polski akcent.
W górnej części Muktinath znajduje się ogrodzony murem z drutem kolczastym (może celem ochrony przed innowiercami) kompleks świątyń buddyjskich i hinduistycznych. W jednej z ważniejszych buddyjskich - Jollo Muki Gompa - płonie gaz wydobywający się prosto z ziemi (brzmi to szumnie, a w istocie jest to jedynie ledwo widoczny płomyczek gdzieś w dziurze pod ołtarzem), a w największej hinduistycznej - Vishnu Mandir - jest 108 źródeł wody (czyli 108 różnie zakończonych rur najprawdopodobniej czerpiących wodę z tego samego potoku) służących do ablucji. Poza tym znajduje się tam wiele innych gomp (świątynie buddyjska), shinkhar (świątynia hinduistyczna), stump i czortenów (monumentów). Wszędzie wchodzi się bez butów i nie wolno fotografować. A wszystko w pięknych kolorach złotej polskiej jesieni, sam nie wiem jakim cudem, bo nigdzie wcześniej i później takich złotych liści na drzewach nie widzieliśmy.
Koło 11.30 ruszyliśmy do Kagbeni. Krajobraz się zrobił zupełnie inny niż w Manangu, pustynny. Droga była szeroka, samochodowa i potwornie nudna. Na początku trawersująca wzdłuż zbocza, a potem stromo w dół do Kagbeni. W Kagbeni od razu poszliśmy do reklamowanej szeroko restauracji i kawiarni internetowej Yac Donald's. Ceny internetu potworne (prawie złotówka za minutę), ale to jedyna możliwość kontaktu z tzw. światem cywilizowanym.
W Kagbeni, poza Yac Donald's, znajduje się pełno małych zaułków, w których można się łatwo zgubić, ale udało nam się w końcu trafić do tzw. bramy do Upper Mustang. Wygląda imponująco, ale nie wystarczająco, żebym był skłonny zapłacić 700 dolarów za pozwolenie spędzenia w tej dolinie 10 dni. Równie imponująco wygląda koryto rzeki Kali Ghandaki, którym ruszyliśmy do Jomsom. Droga strasznie nużąca, praktycznie bez żadnych urozmaiceń, poza silnym wiatrem prosto w twarz i doskonałym widokiem na Nilgiri North (7061).
W Jomsom dwa punkty sprawdzania permitów oddalone od siebie o dziesięć metrów i burżujska kolacja - czosnkowa i mięsne momosy. To drugi dzień pod rząd z prawdziwym mięsem! Na dodatek nasz lokal zawiera również German bakery
, więc rano pewnie będą równie burżujsko bułki i rogaliki. I jeszcze niskie ceny, choć to pewnie tylko chwilowo, przed przejściem do ABC.
13.10.2007, Thorong Phedi High Camp → Muktinath
Poprzedniego wieczoru zagadał nas jeden młody tragarz. Niedługo kończy 20 lat, normalnie pracuje jako przewodnik, teraz wyjątkowo się najął do noszenia (bycie przewodnikiem to większa estyma, niektórzy się obruszają jeśli ich z tragarzami pomylić). Jako przewodnik pracuje od 3 lat, a jako tragarz jeszcze dłużej. W końcu była okazja dowiedzieć się ile nosi taki zwykły porter - okazuje się, że nie tak dużo, ten chłopak nigdy nie bierze więcej niż 25kg, ale też rzadko poniżej 20. Mówił, że taka typowa jednostka to 21-22kg. I tyle na temat bajek o legendarnych ciężarach dźwiganych na codzień przez Szerpów ;)
Rano wyszliśmy na śpiochów. Najpierw o 7.20 ktoś zaczął dobijać się do naszych drzwi z pytaniem czy nie zaspaliśmy i czy idziemy na przełęcz. Mówimy mu, że jeszcze nie, że mamy pełno czasu i przewracamy się na drugi bok. Pół godziny później sytuacja się powtarza. Widok Białych Sahibów śpiących do 8 jest tutaj szokujący. I rzeczywiście, jak wstaliśmy to jednymi turystami byli Ci, którzy właśnie doszli tutaj na nocleg (sic!). Fenomen ten jest spowodowany tym, że we wszystkich przewodnikach piszą, że podejście na przełęcz jest długie i żmudne, a dodatkowo od 11 wieją tam huraganowe wiatry. Z naszego doświadczenia wynika, że przy dobrej aklimatyzacji na przełęcz jest rzut beretem (2h z plecakami), a wiatry wieją takie same o 14, jak o 9. Ale i tak praktycznie wszyscy wstają o 4 rano, aby wyruszyć przed 5, przy świetle czołówek.
Ruszyliśmy dopiero o 10.30 ze względu na pewne nieporozumienie w kuchni (zrozumieli, że chcemy śniadanie na 10, mimo że kilkakrotnie powtarzałem, że ma być za 10 minut) i na przełęcz doszliśmy w niecałe 2h. Generalnie osiągnięcie przełęczy nie jest tak wielkim wyzwaniem jakie z niego robią przewodniki, czy napis na szczycie
. Jak ktoś się nie czuje na siłach, to w High Camp oferowane są nawet konie i osły, aby wwieźć delikwenta na górę (a dla wyjątkowo leniwych - również zwieźć na drugą stronę). Przewodniki natomiast nie kłamią na temat widoków, które (gdy pogoda dopisze) są przednie.

Co jednak dla nas było najważniejsze, to przełęcz była mityczną bramą z powrotem do cywilizacji. Odgraniczała ostatni tydzień zimnych nocy i braku prysznica od świata ciepła, gorących kąpieli, taniego żarcia i dostępnego mięsa. Zostało nam jedynie zejść na dół, żeby cieszyć się tym lepszym światem. Z tym jednakże wiązały się groźby Wiśni z ostatnich dni, który od 3 dni za każde nasze przewinienie zapowiadał nam z Michałem regularnie wpierdol po przekroczeniu przełęczy. I rzeczywiście, Michał schodził z podbitym okiem, a jak z zakrwawionym nosem. Swoją drogą, tamowanie krwotoku rozrzedzonej przez wysokość krwi jest znacznie trudniejsze niż normalnie.

Ale w kocu doszliśmy do Muktinath i wszelkie swary zostały z tyłu. Zbyt późno niestety by dostać miejsce w luksusowym hotelu Bob Marley (przeszklone drzwi, stół bilardowy, kafelki w łazience i inne nikomu niepotrzebne, ale cieszące, luksusy) i wylądowaliśmy w Mona Lisa Hotel. Kulinarnie zaszaleliśmy i wzięliśmy stek z jaka - podawany na gorącej patelni (w jakiejś drewnianej obudowie, żeby się nie oparzyć) z pieczonymi ziemniakami i warzywami oraz wrzącym jeszcze sosem. Mięso może samo w sobie nie było jakieś wybitne, ale na taką potrawę czekaliśmy bardzo długo. W dodatku spożywaliśmy go przy stole, pod który włożone były rozżarzone węgle i wysarczylo włożyć nogi pod "obrus", aby poczuć błogie ciepło. A w głośnikach Bob Marley. Ach, znowu można się czuć prawdziwie Białym Sahibem.