27.09.2007, Kathmandu
Poranek powitał nas całkiem ładny. Już widok z okna był niezgorszy, ale dopiero wyjście na ulicę pozwalało zobaczyć pełną gamę kolorystyczną. Można też doświadczyć chaosu ruchu pieszo-zmotoryzowanego. Czasem porządku na skrzyżowaniach (żeby kierowcy przestrzegali zaleceń sygnalizacji świetlnej) pilnowali uzbrojeni policjanci. W drewaniane kije i noże kukri. Nad ulicami wszędzie wiszą reklamy, a po ulicach chodzi tylu obnosnych sprzedawców i naganiaczy, że aż chciało by się ich wszystkich AdBlockiem potraktować.
W bocznych uliczkach można się natknąć na wiele miejsc kultu, zarówno buddyjskich, jak i hinduistycznych. Nawet zwykłe świątynie, nie wspominane w żadnych przewodnikach, są kolorowe, ciekawe i warte obejrzenia z bliska.
Poza szwędaniem się po mieście udało nam sie wymienić walutę (około 63 rupie za dolara i kurs spada), kupić bilety wstępu do ACAP (RS 2000), bilety na autobus do Dumre (na miejsca panoramiczne
, czyli na dachu, jest rabat, do RS 250) i trochę ciuchów na wyprawę - jakieś oddychające
koszulki, polary, spodnie. Poza tym wczuliśmy się w role Białych Sahibów i zjedliśmy obiad zostawiając napiwek. Wysłaliśmy też kartki, żeby miały czas dojść przed naszym porotem (i faktycznie później się okazało, że część doszła) i wypiliśmy ostatnie prawdziwe piwo na tarasie hotelu z widokiem na rozpoczynający sie festiwal turystyki, którego dźwięki potem przez całą noc dochodziły do nas zza otwartych (bo przy zamkniętych spać nie sposó) okien. Wiśnia rozpoznał bity jako podobne do Dj Tiesto.
25-26.09.2007, Poznań → Kathmandu
Wyruszyliśmy pełni nadziei do największej wioski zachodniej Azji - Warszawy. Odebraliśmy paszporty z wbitymi wizami indyjskimi i ruszyliśmy samolotem do Helsinek. Lot okazał się spóźniony i nie zdążyliśmy na przesiadkę, ale FinnAir stanął na wysokości zadania i najpierw uraczył nas kuponami na obiad (17€ na osobę), a potem wynalazł alternatywne połączenie przez Bombaj do Delhi, skąd już naszym planowanym lotem do Kathmandu. W Bombaju prawie nie zdążyliśmy na przesiadkę, bo musieliśmy biegać za naszymi bagażami, ale po kilku dobrych sprintach siedzieliśmy w samolocie. Indyjskie żarcie, które nam serwowali było paskudne. Aż obleciał mnie strach co będzie przez 5 tygodni w Nepalu..
Dotarlismy na miejsce koło 16-ej 26-ego i po drobnych formalnościach (30$ i fotografia na wizę turystyczną) cieszyliśmy swe oczy stolicą Nepalu. Stolicą dość mało reprezentacyjną, trzeba przyznać, połączenie byle jak pozbijanych szop i chaotycznie pobudowanych budynków z rozmieszczonymi ogromnymi billboardami w europejskim stylu, na ulicach zardzewiałe rowery przemykają między luksusowymi samochodami (wśród których królują jeepy ONZ), nad ulicami plątaniny kabli dostarczają prąd do setek maleńkich kafejek internetowych, w których połączenie jest tak wolne, że ledwo się strony otwierają. A nad tym wszystkim w świetle zachodzącego słońca widać częściowo przesłonięte chmurami pierwsze pagórki najwyższych gór świata.
Nocujemy w Tibet Holiday Inn (czy to jakiś kompleks, że nepalski hotel ma w nazwie "Tibet"?) - luksusowym hotelu, gdzie w pokojach jest nawet telewizor z HBO, ale ciepłej wody nie uświadczysz (4$ za osobę w trójce, darmowy dowóz z lotniska). Prąd co prawda wysiadł chwilę po zmroku, ale i tak fajne warunki. Lepiej na pewno nie będzie. A w nocy była chyba jakaś biba na ulicy, bo głośna muzyka budziła nas co chwila.
namaste
Wróciłem po 5 tygodniach spędzonych w najwyższych górach świata. Nastroje jak widać na zdjęciu. Dokładniejsze relacje dzień-po-dniu będą się pojawiać sukcesywnie.
A od poniedziałku do pracy. Czuję się trochę jak przed pierwszym dniem w nowej szkole.
