Buddhist school girls rule
Niektórzy naprawdę mają do szkoły pod górkę.
30.09.2007, Bahundanda → Chamje
Wstaliśmy jakoś przed 8-mą i panujące niebieskie niebo zdawało się wskazywać, że nadszedł koniec monsunu. Właściciel hoteliku potwierdzał, ale nie wiadomo na ile było to góralskie przepowiadanie pogody - "jak niebieskie niebo to znaczy pewnie, że nie pada, panocku".

Do Ghemru doszliśmy zgodnie z czasową wyceną Kurczaba (faktyczny czas przejścia, może dwa przystanki, żeby walnąć fotkę, żadnej prawdziwej fotografii ;) i tam zatrzymaliśmy się, żeby napić się wody. Kolejny postój w Jagat, w pierwszym napotkanym domku, na tarasie z pięknym widokiem. Woda doszła już do RS 70 za litr. Pełen wachlarz zmienionych cen zobaczyliśmy jednak dopiero w Chamje. Poza szokującym RS 190 za batonik Mars, reszta jeszcze spokojnie w granicach rozsądku.


Zatrzymaliśmy się w pierwszym, ładnie odnowionym, hoteliku w Chamje. Trekerów tutaj dużo, nie to co poprzedni nocleg. Właściciel nawet mówił, że poprzednią noc spędził tutaj notorious Alek Lwow z resztą sześcioosobowej ekipy (plus szesnastu tragarzy) uderzającej nad Tilicho Lake w celach nurkowo-wspinaczkowych.
Hotelik, do którego trafiliśmy, nazywa się Superb Rainbow View i jest typowym przykładem miejscowego podejścia do nazewnictwa. Hoteli o nazwie Manaslu widzieliśmy już dwa, a różnych kombinacji superb view
nie zliczę. Gdzieś nawet nam mignął Eagle Nest Lodge
.
In other news, przełamałem się i zacząłem pytać miejscowych o zgodę na robienie zdjęć. Pierwsza modelka nie odmówiła, pewnie poniekąd dlatego, że spała, ale za drugim razem już świadomie uzyskałem zgodę na fotografowanie.
Podziwiamy tutejszych tragarzy noszących jakieś olbrzymie rury (które, jak się później okazało, są słupami do kabli), albo pakunki wyglądające jak oprawiona "Bitwa pod Grunwaldem" Matejki (która to wersja wydarzeń się utrzymała do końca wyjazdu). Wszystko byle jak przymocowane jakimiś sznurkami i kawałkiem materiału zaczepione o czoło. A na nogach zwykłe gumowe klapki, czasem boso. Przychodzi na myśl, że największe budownicze osiagnięcia to nie setki maszyn, a mozolna, mrówcza praca zwykłych ludzi.
Eclipse Demo Camp
W imieniu stowarzyszenia GIK chciałbym serdecznie zaprosić wszystkich (tak, Ciebie też) na organizowane wspólnie z IBM Eclipse Support Center i poznańskim JUGiem wykłady pod hasłem Eclipse Demo Camp.
Poznań Eclipse Demo Camp odbędzie się 21 i 28 listopada, o godzinie 18:30, w sali nr 13. Centrum Wykładowego Politechniki Poznańskiej (ul. Piotrowo 2). Program spotkań jest następujący:
- Eclipse Way - czyli w jaki sposób organizować pracę wokół projektu open source - Krzysztof Daniel (IBM, PP), Bartosz Michalik (IBM, PUT)
- g-Eclipse: Access the Power of the Grid - przykład projektu eclipse’owego - Katarzyna Anna Bylec (PCSS, GIK), Mateusz Pabiś (PCSS)
- How big fun OSGI can be? - Jacek Pospychała (IBM)
- UC Workbench - przykład aplikacji RCP - Łukasz Olek (IBM, PP)
21. listopada
28. listopada
Po wykładach przewidziana jest dyskusja oraz, podobno, będzie okazja coś zjeść lub wypić (sic!). Tak więc nadchodźcie i nie spóźniajcie się, bo nie wiadomo czy każdy da radę się najeść.
PS. A w sobotę Barcamp. Jak chcesz, to mnie tam spotkasz.
29.09.2007, Besisahar → Bahundanda
Poranek był wbitnie deszczowy. Chyba poznaliśmy właśnie zjawisko zwane monsunem. Lało równo i wybitnie niezachecająco do ruszania w drogę. Powylegiwaliśmy się więc dłuzej i na 12 wyszliśmy na autobus z zamiarem dojechania jak najdalej się da (czyli w naszym mniemaniu do Khudi). Okazało się, że można dojechać nawet dalej - do Bhulbhule, z której to możliwości skwapliwie skorzystaliśmy i ruszyliśmy w przypominającą roller coaster drogę.
Trzęsło bowiem niesamowicie, podskakiwaliśmy chwilami na 20-30 cm nad siedzenia, fotele okazały się nie do końca dobrze przykręcone i latały na boki. Część drogi w starym korycie rzeki, część w poprzek nowego, generalnie droga
to było raczej określenie kierunku niż jakoś zauważalny element topograficzny.
W Bhulbhule zjedliśmy dosć opóźnione śniadanie (nasz pierwszy Dhal Bat..) i ruszyliśmy do Ngadi (a potem i dalej). Po 15 minutch i pierwszym wiszącym moście natknęliśmy się na zagwozdkę, gdyż rzeka wezbrała tak mocno, że zalała całkowicie idącą wzdłuż niej drogę.Trzeba było się rozebrać do koszulki i mojtów i, możliwie blisko brzegu, brnąć przez rzekę, która miejscami sięgała po pierś (a do konusów takich jak miejscowi nie należę). Gdy tylko zaczęliśmy się rozdziewać i zobaczyli to miejscowi, to od razu przedarli się przez rzekę, żeby nam pomóc. Jako, że nurt wyglądał na silny i nie chcąc ryzykować przewrócenia się do wody z plecakiem pełnym rzeczy, które moknąć nie powinny (chociażby aparat i portfel), wynegocjowaliśmy cenę RS 200 za przenisienie trzech plecaków z wielokrotnym przykazaniem, że nie mogą zanurzyć się w wodzie.Biorąc pod uwagę ich wyjściowe 10$ zdjae sie to być nawet dobrą ceną.
Trzech chwyciło plecaki, reszta nas pod ramiona i brniemy w rzece. Woda tak brązowa, że nic nie widać, więc trzeba było, wymacując sobie stopnie, brnąć wzdłuż skalnego brzegu. Po przejsciu opłaciliśmy tragarzy (którym zadanie utrzymywania plecaków nad głową nie do końca się udało) i ubraliśmy się z powrotem, bo deszcz wciąż padał i nie chcieliśmy moknąć ;)
Efekt był taki, że miałem mokre mojty, trochę koszulkę i dolna komorę plecaka (śpiwór suchy, ale ręcznik i jedną koszulkę trzeba było wykręcać, jak się później okazało), oraz kolejną, typową podobno dla takiego trekkingu, przygodę za sobą.
Po jakichś 2-3 godzinach doszliśmy do wsi Bahundanda, gdzie ulokowaliśmy się w pierwszej napotkanej lodgy. Później się okazało, że panowały tam chyba najgorsze warunki jakie napotkaliśmy w trakcie całego trekkingu. Dziwnym więc nie jest, że od tamtego czasu przyświecała nam zasada, żeby się nie zatrzymywać w pierwszym hoteliku.

O 18 jakoś zachodziło słońce, a o 19 już panowały tartaryjskie ciemności. Posiedzieliśmy trochę w głównej izbie (swoja drogą, myślałem, że takich słów się już nie używa) przy świeczkach (bo prąd się pojawił i szybo wysiadł) z jakimiś 6 tragarzami. Dowiedzieliśmy się jakie warunki panują na szlaku, trochę jak w klasycznych erpegach.
Zawitał jeszcze dwóch chłopaków z Izraela. Coś pogadaliśmy, zapytali czy popilnujemy im plecaków gdy oni będą szukać dla siebie hotelu, ale w końcu jak wyszło na jaw, że jesteśmy z Polski to nie zostawili. Niestety, więcej ich na szlaku nie spotkaliśmy. Szkoda, bo sprawiali sympatyczne wrażenie, a byłoby o czym z nimi pogadać.
28.09.2007, Kathmandu → Besisahar
Zerwaliśmy się skoro świt o 5.30, bo o 6.30 mieliśmy być koło autobusu majacego nas zawieźć do Dumre. Mimo tak wczesnej pory na ulicach był normalny, duży ruch, a przy autobusie oczywiscie miejscowi stręczyciele próbujący nam wcisnąć owoce, wodę i czekoladę. Poudawaliśmy trochę autochtonów i pomogliśmy ładować bagaże na dach, a potem ruszyliśmy w drogę. Przez Kathmandu jeszcze w środku autobusu, ale jak trafiliśmy na tzw. highway to od razu na dach podziwiać widoki. Widoków za bardzo nie było, bo mgła. Poza tym mżyło i co chwila trzeba było się chować przed zwisającymi gałęziami czy kablami.
W Dumre była przesiadka do local busa do Besisahar (RS 100), który godzinami wiózł nas jakimiś wąskimi zalanymi dróżkami i nadużywał klaksonu. Ale tutaj to normalne. W Besisahar w końcu zaczęło się przejaśniać. Ceny obiadu i noclegu jeszcze w granicach przyzwoitości.
Wieczorem spacer po mieścinie, w czasie którego włączono prąd i odpalono kawiarenkę internetową, z której przesłaliśmy na Tuteja parę zdjęć i gdzie natrafiliśmy na tajne dokumenty wskazujące na współpracę Nepalu z III Rzeszą. Może stąd tu tylu Niemców..
A w pokoju okazało się, że wraz z powrotem prądu dostaliśmy chyba też tzw. ciepłą wodę. Choć nie jestem pewien - na pewno w Pirenejach uchodziłąby za ciepłą i na pewno w Poznaniu nikomu nawet nie przeszłoby przez myśl ją tak nazwać. Nepali hot.