1.10.2007, Chamje → Bagarchap

W hotelu Superb Rainbow View w Chamje się cholernie długo czeka na żarcie. Na wieczorny Dhal Bat (wuchta ryżu z zupą z soczewicy i gotowanymi warzywami, plus często jakieś piekielnie ostre przyprawy) czekaliśmy ponad godzinę (chyba nawet ponad półtorej). Szczęśliwie zamówiliśmy i poszliśmy wziąć prysznic (tzw. Solar Hot Shower - woda zbierana jest w pojemnikach na dachu, które ogrzewa słońce przez cały dzień. Metoda byłaby całkiem niegłupia gdyby nie dwa mankamenty - ciepły prysznic można wziąć tylko w słoneczny dzień, a wtedy zwykle i tak zadowolę się zimnym, oraz gdy trafia się pod prysznic po jakichś turystkach z Zielonej Wyspy, to na ciepłą wodę nie ma specjalnie co liczyć). Na śniadanie (zwykłe naleśniki) też czekaliśmy z godzinę.

red hot chili peppers School

W końcu koło 9.30 ruszyliśmy. Z początku w strasznym słońcu, upał niemiłosierny, duszno, wiatru brak, ale po pewnym czasie wyszliśmy wyżej i pojawił się pierwszy wyższy, ośnieżony szczyt - Kang Guru (7010) - i, co ważniejsze, chłodny powiew wiatru.

Kang Guru
Kang Guru

Na drugie śniadanie zatrzymaliśmy się w Tal - pierwszej wiosce dystryktu Manang (którego stolicą jest Chame, nie Manang, żeby było śmieszniej), położonej nieopodal (a podejrzewam, że przy mocniejszych deszczach i wewnatrz) koryta rzeki Marsyandi. Posiłek umilała nam miejscowa dzieciarnia, z jedną dziewczynką na czele, która na notesie z rachunkami najpierw narysowała dla mnie drzewko, a potem jeszcze chwaliła się znajomoscią nepalskiego alfabetu. Albo bazgrała coś po prostu.

Tal
Tal
Walking around green girl

Jako, że zaczęło się powoli robić późno, już szybciej podreptaliśmy na nasz nocleg w Bagarchap, po drodze jedynie jak taki cyc zostawiłem przewodnik w jednej z wiosek i Michał (jako posiadacz best running shoes) cofnął się po niego jakieś 30 minut, a my z Wiśnią czekalismy w wiosce, udawaliśmy miejscowych i dworowaliśmy sobie z turystów.

under pressure

W Bagarchap przydało się zrobienie rekonesansu po miejscowych hotelikach i jak właścicielka zobaczyła, że przychodzimy do niej porównać ofertę to od razu zjechała z ceną. Hotelik całkiem spoko, nawet na ciepły Solar Shower się załapaliśmy (bo wybraliśmy hotel gdzie byliśmy pierwszymi trekkerami). A w menu pojawiło się mięso z jaka. Może nie dzisiaj, ale, tak jak i pierożki Momo, trzeba będzie spróbować.

Lepszą jednak od miesa z jaka rzeczą była ciekawa rozmowa z młodą parą z Jerozolimy - Mosze i Hadel Graff (upraszczajac pisownię). Oboje około 22 lat, świeżo po odbyciu służby wojskowej (on 3 lata, ona 2). Zamierzają dojść do Jomsom i dalej samolotem do Pokhary.Stoją jednak przed nimi bariery nam całkowicie obce - w soboty nie mogą nigdzie chodzić, bo szabas, a dodatkowo w czwartek wypada im święto Stuki (znowu pisownia pewnie leży) celebrujące czas między otrzymaniem Biblii, a dojściem do Izraela, który Żydzi spędzili w namiotach, więc też będą świętować i nic nie przejdą. Dowiedziałem się też paru zasad podziału jedzenia na koszerne i niekoszerne i pogadalismy trochę o sytuacji w Izraelu. Bardzo sympatyczni ludzie, prawie zupełnie nie pasują do krążącej po Nepalu opinii o żydowskich wycieczkach.

Poza tym, wypróbowałem miejscowe piwo - chyang. Konsystencją i wyglądem przypomina sfermentowany sok cytrynowy, smakuje w pewnym stopniu jak brytyjski cider, a na dnie szklanki, ku swojemu zdziwieniu, znalazłem nierozmieszany cukier. Lepsze niż się spodziewałem.

cloudy & misty

O wpisie