29.09.2007, Besisahar → Bahundanda
Poranek był wbitnie deszczowy. Chyba poznaliśmy właśnie zjawisko zwane monsunem. Lało równo i wybitnie niezachecająco do ruszania w drogę. Powylegiwaliśmy się więc dłuzej i na 12 wyszliśmy na autobus z zamiarem dojechania jak najdalej się da (czyli w naszym mniemaniu do Khudi). Okazało się, że można dojechać nawet dalej - do Bhulbhule, z której to możliwości skwapliwie skorzystaliśmy i ruszyliśmy w przypominającą roller coaster drogę.
Trzęsło bowiem niesamowicie, podskakiwaliśmy chwilami na 20-30 cm nad siedzenia, fotele okazały się nie do końca dobrze przykręcone i latały na boki. Część drogi w starym korycie rzeki, część w poprzek nowego, generalnie droga
to było raczej określenie kierunku niż jakoś zauważalny element topograficzny.
W Bhulbhule zjedliśmy dosć opóźnione śniadanie (nasz pierwszy Dhal Bat..) i ruszyliśmy do Ngadi (a potem i dalej). Po 15 minutch i pierwszym wiszącym moście natknęliśmy się na zagwozdkę, gdyż rzeka wezbrała tak mocno, że zalała całkowicie idącą wzdłuż niej drogę.Trzeba było się rozebrać do koszulki i mojtów i, możliwie blisko brzegu, brnąć przez rzekę, która miejscami sięgała po pierś (a do konusów takich jak miejscowi nie należę). Gdy tylko zaczęliśmy się rozdziewać i zobaczyli to miejscowi, to od razu przedarli się przez rzekę, żeby nam pomóc. Jako, że nurt wyglądał na silny i nie chcąc ryzykować przewrócenia się do wody z plecakiem pełnym rzeczy, które moknąć nie powinny (chociażby aparat i portfel), wynegocjowaliśmy cenę RS 200 za przenisienie trzech plecaków z wielokrotnym przykazaniem, że nie mogą zanurzyć się w wodzie.Biorąc pod uwagę ich wyjściowe 10$ zdjae sie to być nawet dobrą ceną.
Trzech chwyciło plecaki, reszta nas pod ramiona i brniemy w rzece. Woda tak brązowa, że nic nie widać, więc trzeba było, wymacując sobie stopnie, brnąć wzdłuż skalnego brzegu. Po przejsciu opłaciliśmy tragarzy (którym zadanie utrzymywania plecaków nad głową nie do końca się udało) i ubraliśmy się z powrotem, bo deszcz wciąż padał i nie chcieliśmy moknąć ;)
Efekt był taki, że miałem mokre mojty, trochę koszulkę i dolna komorę plecaka (śpiwór suchy, ale ręcznik i jedną koszulkę trzeba było wykręcać, jak się później okazało), oraz kolejną, typową podobno dla takiego trekkingu, przygodę za sobą.
Po jakichś 2-3 godzinach doszliśmy do wsi Bahundanda, gdzie ulokowaliśmy się w pierwszej napotkanej lodgy. Później się okazało, że panowały tam chyba najgorsze warunki jakie napotkaliśmy w trakcie całego trekkingu. Dziwnym więc nie jest, że od tamtego czasu przyświecała nam zasada, żeby się nie zatrzymywać w pierwszym hoteliku.

O 18 jakoś zachodziło słońce, a o 19 już panowały tartaryjskie ciemności. Posiedzieliśmy trochę w głównej izbie (swoja drogą, myślałem, że takich słów się już nie używa) przy świeczkach (bo prąd się pojawił i szybo wysiadł) z jakimiś 6 tragarzami. Dowiedzieliśmy się jakie warunki panują na szlaku, trochę jak w klasycznych erpegach.
Zawitał jeszcze dwóch chłopaków z Izraela. Coś pogadaliśmy, zapytali czy popilnujemy im plecaków gdy oni będą szukać dla siebie hotelu, ale w końcu jak wyszło na jaw, że jesteśmy z Polski to nie zostawili. Niestety, więcej ich na szlaku nie spotkaliśmy. Szkoda, bo sprawiali sympatyczne wrażenie, a byłoby o czym z nimi pogadać.
Dodaj komentarz
przeskocz do formularza