25-26.09.2007, Poznań → Kathmandu

Wyruszyliśmy pełni nadziei do największej wioski zachodniej Azji - Warszawy. Odebraliśmy paszporty z wbitymi wizami indyjskimi i ruszyliśmy samolotem do Helsinek. Lot okazał się spóźniony i nie zdążyliśmy na przesiadkę, ale FinnAir stanął na wysokości zadania i najpierw uraczył nas kuponami na obiad (17€ na osobę), a potem wynalazł alternatywne połączenie przez Bombaj do Delhi, skąd już naszym planowanym lotem do Kathmandu. W Bombaju prawie nie zdążyliśmy na przesiadkę, bo musieliśmy biegać za naszymi bagażami, ale po kilku dobrych sprintach siedzieliśmy w samolocie. Indyjskie żarcie, które nam serwowali było paskudne. Aż obleciał mnie strach co będzie przez 5 tygodni w Nepalu..

Dotarlismy na miejsce koło 16-ej 26-ego i po drobnych formalnościach (30$ i fotografia na wizę turystyczną) cieszyliśmy swe oczy stolicą Nepalu. Stolicą dość mało reprezentacyjną, trzeba przyznać, połączenie byle jak pozbijanych szop i chaotycznie pobudowanych budynków z rozmieszczonymi ogromnymi billboardami w europejskim stylu, na ulicach zardzewiałe rowery przemykają między luksusowymi samochodami (wśród których królują jeepy ONZ), nad ulicami plątaniny kabli dostarczają prąd do setek maleńkich kafejek internetowych, w których połączenie jest tak wolne, że ledwo się strony otwierają. A nad tym wszystkim w świetle zachodzącego słońca widać częściowo przesłonięte chmurami pierwsze pagórki najwyższych gór świata.

Kathmandu

Nocujemy w Tibet Holiday Inn (czy to jakiś kompleks, że nepalski hotel ma w nazwie "Tibet"?) - luksusowym hotelu, gdzie w pokojach jest nawet telewizor z HBO, ale ciepłej wody nie uświadczysz (4$ za osobę w trójce, darmowy dowóz z lotniska). Prąd co prawda wysiadł chwilę po zmroku, ale i tak fajne warunki. Lepiej na pewno nie będzie. A w nocy była chyba jakaś biba na ulicy, bo głośna muzyka budziła nas co chwila.


O wpisie