Pireneje, dzień VII, 13.08.2007
Wstaliśmy jak zwykle trochę po 7, szybko się zwinęliśmy, śniadanie w schroniskowej kuchni i w dół. Szczęśliwie schodząc wylądowaliśmy między chmurami i słońce nas nie przypiekało. Na dole w Pont d'Espagne (ok. 1500) nie można dostać żadnego chleba (a tego nam najbardziej brakowało), ale i tak ruszyliśmy stamtąd w górę, w kierunku schroniska Refuge des Oulettes de Gaube (2151). Po drodze minęliśmy Lac de Gaube - jezioro, które pod względem przyciąganych tłumów przypomina Morskie Oko. A każdy z bagietką, której nam tak brakowało...
W czasie drogi cały czas widać było majączący się przed nami szczyt Vignemale, u ktorego stóp znajduje sie schronisko.
W schronisku tłumy i nawet dwójka Polaków. Świeżo ruszyli, dopiero dwa dni na szlaku. Zaraz po wejściu do schroniska są specjalne szafki na buty górskie, w których nie wolno się poruszać po obiekcie. Z innych wieści, w tym francuskim schronisku "se habla español de puta madre".
Pireneje, dzień VI, 12.08.2007
Ruszyliśmy o, jak zwykle rześkim, poranku koło godziny 9 spod Refugio de Respomuso w kierunku przełęczy Collado de la Faixa. Po drodze spotkaliśmy dwójkę Polaków idących od M.Śródziemnego do oceanu (z tym, że końcówkę do San Sebestian planują pokonać stopem, ale i tak to jest kawał gór do przejścia). Dali nam kilka rad (jak się okazało później, w większości bezużytecznych, a niektóre były wręcz mylące), my im trochę mniej i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.
Po dość długim podejściu (co staje sie już normą) stanęliśmy w końcu na Collado de la Faixa (2664), gdzie porzuciliśmy plecaki i skoczyliśmy na nasz pierwszy trzytysięcznik - Gran Facha (3005). Podejście dość skalista, ścieżek prowadzących na szczyt cała masa i łatwo się wplątać w jakiś III-kowy teren, jeśli się wybierze złą drogę. Ze szczytu można było zobaczyć jak ogromne to są góry, choć naszym oczom ukazał się jedynie ich wycinek.
Ze szczytu zeszlismy do przełęczy, skąd, już z plecakami, dalej do Refuge Wallon (1845), lądując znów (po dniu w Hiszpanii) po francuskiej stronie. Przy końcu zejscia zaczęło kropić i słychać było gdzieś burzę, ale dotarliśmy do schroniska we względnie suchym stanie i konsumując obiad podziwialiśmy chmury przewalające sie za oknami.
Ostatnim punktem wieczoru było w końcu ścięcie mych kudłów przez Kornelię jakimiś tępymi nożycami do cięcia aluminium już przy zapadających ciemnościach. Efekt okazał się być nawet zadowalający, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę warunki.
Pireneje, dzień V, 11.08.2007
Poranek jak zwykle tak rześki, że się nie chce z namiotu wychodzić, ale w końcu jakoś po 9 ruszamy z myślą, żeby zapamiętać Refuge d'Arrémoulit jako jedno z najpiękniejszych miejsc noclegowych. Droga wiedzie przez przełęcz Collado del Arriel (2448), na której urządziliśmy sobie dłuższy postój, a potem zejście do Refugio de Respomuso.
Zejście niestety dość kamieniste, a przez to męczące. Do tego słońce smaży, więc ucieszyliśmy się gdy wreszcie stanęliśmy pod położonym nad sztucznym jeziorem schroniskiem.
Nie wolno rozbijać namiotów bezpośrednio przy schronisku, wiec byliśmy zmuszeni odejść na jakieś 10 minut drogi. Po rozbiciu namiotu i obiedzie powrót do schroniska w celach higienicznych. Po wzięciu zimnego prysznica odczułem impuls do ścięcia kudłów. Dłuższe (a szczególnie półdługie) pióra w górach to niepotrzebna męczarnia. Aż strach pomyśleć co by było w Himalajach.
Zostawiłem jednak tę sprawę na później, a wieczór spędziliśmy przy butelce miejscowego (firmowanego nazwą schroniska) wina za 5.50€. Nie ma to jak butelka czerwonego wina w schronisku na 2200. Udało nam się nawet załapać na obiad, gdyż do naszego stołu dosiadł się jakiś zmanierowany Francuz ze swoją panną. Coś musiało mu być wyraźnie nie w smak, bo tacę z obiadem chciał odnieść praktywnie nie ruszoną. Szczęśliwie moja czujna reakcja ("Excuse me, you're not going to eat this?") uratowała sytuację i zapewniła nam niezły posiłek.
A w schroniskach tutaj średnia wieku koło 40-ki. Dużo małżeństw z dziećmi, par pod 50-kę. Zupełnie inny przekrój wiekowy niż u nas.
Sunset d'Arrémoulit
Proszę wybaczyć cliché, ale musiałem. Nigdy robienie tak kiczowatego zdjęcia nie sprawiło mi tyle frajdy.
