Pireneje, dzień XI, 17.08.2007
Poranek był wyjątkowo rześki, więc i długo odmawialiśmy wyjścia ze śpiworów. W końcu zakończyliśmy wszystkie poranne czynności i chwilę po 10 ruszyliśmy w trasę. Wiodła ona do schroniska Refudio de Pineta, a potem stopem do Bielsy. Początkowo słońce pięknie oświetlało dolinę poniżej Goriz, ale po niedługim czasie znów pojawiły się chmury.
Początkowy odcinek to było zwykłe pedałowanie pod górę na pierwszą przełęcz (ok. 2330). Dalej zaczęło się robić mocno kamieniście i droga w praktyce przeszła w trawers wysypanego luźnymi kamieniami zbocza. Szlismy już wtedy w chmurze i widoki zdarzały się jedynie przy chwilowych przerzedzeniach. Było mglisto, wietrznie i zimno.
Przejaśniło się dopiero gdy dotarliśmy do Collado de Añisclo (2440), gdzie spotkaliśmy młodego Andorczyka z psem. Mówił, że jakieś 2 tygodnie temu wyruszył z Andory i jezscze jakieś 5 dni wakacji planuje. Mieliśmy jedynie nie wspominać psu, że jego jedzenie się kończy.
Z przełęczy dobrze widać było zbocze, które, prawie pod samym szczytem, trawersowaliśmy.
Zejście z przełęczy okazało się straszne. Wpierw "ścieżka" wiodła przez jakieś osuwające się piarżysko, a potem przez las po ogromnych kamieniach, cały czas cholernie stromo. W końcu dotarliśmy do Refugio de Pineta, gdzie w pięknych okolicznościach przyrody Valle de Pineta czekaliśmy na stopa do Bielsy.
Po niedługim czasie udało nam się złapać jakąś wypasioną Toyotę, którą przy dźwiękach nienajgorszej hiszpańskiej kapeli "Macaco" dojechaliśmy do samego centrum miasteczka. A centrum to jest super - wąskie uliczki między kamiennymi domami. Obeszliśmy je dojść dokładnie wieczorową porą, po zainstalowaniu się na ekskluzywnym campie (kafelki w łazience, ciepła woda, etc.).
Pireneje, dzień X, 16.08.2007
Wstaliśmy zaskakująco późno, bo po 8, i nie wiedzieliśmy co ze sobą począć. Możliwości były 3:
- spróbować wejsć na Monte Perdido i nocować w Refugio de Goriz
- pójść dalej w kierunku Bielsy
- opieprzać się caly dzień, a na wieczór zejść do Goriz, żeby się lepiej następnego dnia atakowało Monte Perdido
Wierzchołek Monte Perdido co chwila znikał w przewalających się chmurach, aby się po chwili znów pojawić, co nie ułatwiało decyzji. Ostatecznie ruszyliśmy do Refugie de Goriz, gdzie padła szybka decyzja - w górę!
Podejście wpierw po kamieniach, potem po skałach, a na końcu morderczo strome piarżysko, ale po jakichś 2.5 godziny udało nam się stanąć na szczycie. Widoków nie było absolutnie żadnych, bo już od połowy drogi szliśmy w chmurze.
Pozostało tylko zbiec na dół, rozbić namiot możliwie z dala od tej zgrai oryginałów w schronisku i zjeść obiad. Podczas przedłużającej sie konsumpcji ponad nami stado owiec trawersowało zbocze Monte Perdido co pewien czas zrzucając kamienie. W końcu, znalazłszy zejście, z ogromną szybkością rozlały sie po tarasie poniżej.
Pireneje, dzień IX, 15.08.2007
Rano po doskonałym, drobnomieszczańskim wręcz, śniadaniu (świeże bagietki i owoce) ruszyliśmy jak zwykle koło 9.30. Celem pierwotnie było Brèche de Roland i nocleg w schronisku u jego podnoża. Już sama droga była nie dość, że malownicza, to jeszcze udało nam się spotkać świstaka (o które, jak się później okazało, w Pirenejach nietrudno). Jednakże widoki rozpościerające się z okolic schroniska były po prostu niezrównane.
Plany jednak uległy zmianie, gdyż do schroniska dotarliśmy przed 15, więc szykowanie sie do noclegu było pozbawione sensu. Postanowiliśmy więc przejść przez Brèche de Roland (2804) na hiszpańską stronę i dojść do Refugio de Goriz (2160).
Brèche de Roland jest to 40-metrowa przerwa w ogromnym (100m wysokości) kamiennym murze stanowiacym granicę między Hiszpanią, a Francją, którą, według legendy, wyrąbał Roland (tak, ten z "Pieśni o Rolandzie") nieskutecznie próbując zniszczyć swój miecz Durandal.
Ostatecznie po przedarciu się przez księżycowy krajobraz dwóch kolejnych dolin rozbiliśmy się jakieś pół godziny przed schroniskiem. I dobrze, bo schronisko i jego okolice aż roiły sie od różnych dziwnych indywiduów.
Swoja drogą, na takich wysokościach jak 2600 można bez trudu spotkać całe stada owiec.
Pireneje, dzień VIII, 14.08.2007
Rano pogoda nie prezentowała się zbyt wyjściowo. Mimo to zwinęliśmy namiot i do schroniska na śniadanie. Wygoniono nas jednak stamtąd szybko, bo o 8 je zamykają (sic!). Udało nam się jednak zorganizować 3 skibki chleba i pomarańczę.
Przy wciąż niepewnej pogodzie pokonaliśmy podejście na Hourquette d' Ossoue (2734), skąd prowadzi prosta ścieżka na Petit Vignemale, z której jednak ze względu na niekorzystny pułap chmur nie skorzystaliśmy. Zeszliśmy szybko do Refuge Baysellance (2641), gdzie po sycącym drugim śniadaniu kontynuowalismy strome zejście do wsi Gavarnie. W międzyczasie się "rozpogodziło", czyli znów zaczęło nas prażyć słońce. Szczęśliwie, końcowy odcinek przejechaliśmy stopem na tylnym siedzeniu (w trójkę wraz z plecakami) jakiegoś Alfa Romeo 145.
A na dole w Gavarnie wyżerka - bagietki, świeże owoce i wino. Sama wieś jest super - zadbane domki, kawiarnie, a wieczorem, mimo iż mieścina turystyczna, cisza i spokój. Główną ulicą w pewnym momencie przegalopowało małe stadko koni schodzących na noc z pastwiska. W miasteczku znajduje się kościół św. Jakuba (znanego szerzej jako San Tiago, ten od Compostelli), który jest jakos z Gavarnie powiązany.
Namiot rozbiliśmy na polu namiotowym ze świetnym widokiem na Cirque de Gavarnie.
