wycieczka po południowej Hiszpanii - socjalnie
Po raz kolejny okazało się, że instynktownie wykazując antypatię pod adresem większość rodaków miałem racje.
Nie lubię ludzi, którzy pod pojęciem zwiedzanie
mają zakonotowane bieganie od jedengo wymienionego w przewodniku miejsca do innego, nieustannie strzelając na prawo i lewo cyfrówką. I to już nie chodzi o to, że jestem wrogiem cyfrówek (choć jestem, mimo pozornego paradaoksu, że sam chcę się w jedną zaopatrzyć), albo zabytków. Po prostu odnoszę wrażenie, że większość tam obecnych (a było nas w sumie 15 osób, niestety) pojechała po to, żeby móc napisać do domu - zwiedziłem całą południową Hiszpanię. Ciekawe czy są świadomi, że to nieprawda, bo nie zwiedzili praktycznie nic. Nie znają zwyczajów hiszpańskich, nie rozmawiali z żadnym miejscowym, nie wiedzą kto rządzi krajem i jak, historia kraju jest im obca. Po prostu widzieli kilka budynków, które równie dobrze mogliby zobaczyć na zdjęciach. A siebie powklejać w pirackiej kopii Fotoszopa.
Jak nie mam czasu aby poznać miasto to nie tracę go na bieganie od kościoła do kościoła. Wolę usiąść w jednym z nich, spojrzeć na modlących się ludzi, zobaczyć w jakim są wieku, ilu ich, poprzyglądać się detalom ornamentów. Lubię przejść się uliczkami miasta, zobaczyć jak bawią się dzieci i w co, czy ludzie są zabiegani, czy nie, wypić spokojnie piwo w kawiarni.
A jak widzę kierownika wycieczki
, który mówi, że nie ma czasu zajrzeć do muzeum Picassa, bo musimy jechać zwiedzać Granadę, to mi się go żal robi. Kierownik odjeżdża, a ja zostaję, z pożytkiem dla nas obu.
Chociaż, muszę przyznać, że nie było tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Mógł pojechać z nami Adam-Z-Chujami-Nie-Gadam, z którym rozmowa po powrocie wyglądała następująco:
adam: jak było na wyjeździe?
ja: [w trzech, czterech zdaniach streszczam co widzieliśmy, gdzie byliśmy, bez zbytnich szczegółów]
adam: no, ale imprezy jakieś były?
O wpisie
- Dodano:
- 09 listopada 2005, 15:51
- Kategorie:
- Portugalia prywata
2 komentarze
przeskocz do formularza