Quem não pode põe mandinga não carrega patuá.

Capoeira nie jest dla mnie nauką akrobacji, bo moje postępy w tej dziedzinie nazwać mizernymi to eufemizm. Nie jest zaprawą kondycyjną, bo kondycją zająłbym się w ten czy inny sposób. Nie jest podążaniem za modą, bo jak zaczynałem, jeszcze trendy nie była. Teraz zaczynam rozumieć co mają mestre na myśli mówiąc, że capoeira to życie.

Na początku jak trafiłem do tutejszej, portugalskiej grupy byłem niesiony falą entuzjazmu, że mimo ponad półrocznej przerwy jeszcze coś pamiętam, jakiegoś hołubca wytnę, że refleks jeszcze nie zniknął. Nawet od tego nazwali mnie Axe, co tylko wzmogło mój entuzjazm. Próbowałem uczyć się zupełnie nowych rzeczy, grałem szybko, bez myślenia, ale z refleksem. Teraz, gdy zeszła fala hurra-optymizmu i zamiast refleksu naszła refleksja, zacząłem się im uważniej przyglądać, porównywać z tą capoeirą do jakiej byłem przyzwyczajony, znajdywać różnice. I okazało się, że od ludzi, o których na początku stwierdziłem, że "szału nie robią", mogę się wiele nauczyć. Tego chyba mnie capoeira najbardziej nauczyła, szacunku dla odmienności, włożonej pracy, docenianie cudzego zdania. Brzmi to dziwnie, ale tylko na capoeirze widzę tak diametralnie różnych ludzi i diametralnie różne podejścia. Do rozrywki, do treningu, do innych. Ale potrzebowałem jeszcze zmiany języka, żeby to zauważyć.


O wpisie