klubowo
Kontynuując poznawanie obcej (portugalskiej) kultury, kierując się wyłącznie pasją badacza (jasne..) zawitałem w progach klubu ExLibris. Czemu zawdzięczana on tak literacką nazwę to pojęcia niestety nie mam, gdyż rozrywek wysokich lotów próżno by tam szukać. Jednakże dla wielbicieli chleba i igrzysk może on być niemalże świątynię, oceniając po tłumach, które go szczelnie wypełniały.
Kilka słów o architekturze tego przybytku. Najważniejszym miejscem, możnaby rzec - nawą główną jest duży parkiet, wzbogacony tu i ówdzie walającymi się petami, plastikowymi kuflami do piwa i inszymi drobiazgami. No i, rzec jasna, nieprzebranymi tłumami ludzi. Naprawdę dużo ich tam było. Trudno mi porównywać, gdyż nie jestem osobą kompetentną w dziedzinie tzw. klabingu, ale jak dla mnie to dość spory tłum był. Na środku parkiet (niczym ołtarz) było oczywiście podwyższenie, na które kolejno wspinały się westalki, aby składać hołd swoim bogom, rytmicznie (bardziej lub mniej) wyginając śmiało ciało. Nad parkietem, niczym krużgangi naokoło dziedzińca, usytuowany był bar. Poza tym, były jeszcze dwie (chyba - nie jestem pewien, mącił mój umysł bowiem wcześniej pity trunek staropolski, jak wskazuje nazwa, stworzony gdy w puszczach królowały jeszcze żubry) sal, w których można było prowadzić spokojne konwersacje, zgiełkiem, ni głośną muzyką się nie przejmując.
Bywalcy różnili się dość od polskich ich odpowiedników - brak było częstych w Polsce, rozpoznawanych na pierwszy rzut oka, pań, o których złośliwe języki mówią, że ich pasją jest konkurencja z Algidą w dziedzinie produkcji pewnego rodzaju mrożonych towarów. Byli to głównie studenci (co stanowi dość rozbieżną grupę wiekową, gdyż mimo iż studia prowadzone są w systemie 5-letnim, w tym kraju zwykle studiuje się mniej więcej 8 lat, czasem potem jeszcze bierze się drugi kierunek), trochę ludzi koło 30-ki i parę osobliwości pozbawionych spodni. Jak dowiedziałem się później, byli to świeżo przyjęci członkowie orkiestry (czy to uniwersyteciej, czy miejskiej, nie wiem), którzy zostali poinstruowani przez starszych kolegów, że spodnie nie zaliczają się do wieczorowego stroju w tym dniu.
Generalnie tutaj panuje taka zdrowa atmosfera, że starsi koledzy pomagają nowym. Na przykład na uniwersytecie na pierwszym roku trudno się nudzić, zawsze znajdzie się coś do roboty - a tu posprzątać weteranowi mieszkanie, a tu umyć podłogę w łazience. To ostatnie może zdać się bardziej czasochłonne niż się wydaje, często bowiem weteran, gdy mokra jeszcze podłoga, wchodzi do łazienki i chwali jak tu czysto, przechadzając się (z trudem, ze względu na mały metraż owego pomieszczenia, ale stara się). Jednakże w momencie gdy wyjdzie zauważa, że na tej mokrej jeszcze podłodze widać brudne ślady butów, które mu wcześniej umknęły. Oczywiście taki makament trzeba od razu usunąć, tak przecież być nie może. Zwłaszcza, że to niewiele pracy, może jakieś 5 minut. Tylko jakoś tak się dzieje, że z tych 5 minut uzbiera się 6 godzin spędzonych nad mopem. Ale wtedy pewnie się lepiej śpi, po takiej przepracowanej nocy. Nie ma to jak starsi koledzy.
A co do przybytku, to na pochwałę zasługuje ochrona. Nie rzucająca się w oczy, spokojna, kulturalna, mówiąca dobrze po angielsku - prawdopodobnie lepiej niż połowa bawiących się tam osób. Aha, i jeszcze usłyszałem tam utwór Killing in the name of
zespołu pieśni (choć już nie tańca) Rage Against the Machine
. Miło.
Na koniec dodam, że tyle tam dymu, że obudziłem się dziś rano (rano, jak rano, koło 13) dość sponiewierany.
Pytanie egzystencjalne na dziś - czy posiłek spożyty o godzinie 6.30 , jeśli idzie się zaraz po nim spać, a wcześniej się nie spało, to jeszcze kolacja, czy już śniadanie?
O wpisie
- Dodano:
- 21 września 2005, 18:47
- Kategorie:
- Portugalia
Dodaj komentarz
przeskocz do formularza