obrazy widziane nocą

Policja przymykająca oko, na tak niezauważalny incydent jak czterech pijanych studentów (łącznie z kierowcą) podwożących piątego, równie pijanego i krzyczącego wniebogłosy Montan elas!, na masce. Panowie zajmujący się ochroną porządku publicznego zdecydowali się raczej kontynuować wypisywanie mandatu za złe parkowanie, niż zainteresować się przejeżdżającym bolidem. Choć trzeba przyznać, osobnik na masce spadł, a może zszedł.. w każdym razie opuścił maskę jakieś 100 metrów wcześniej.

Inna migawka przedstawia scenę, gdzie w małym barze tłoczy się ogromna ilość ludzi, tańcząc głównie na stołach i ławkach, bo podłogę pokrywa szkło z rozbitych butelek. W jedynej toalecie nad jedyną muszlą tłoczą się naraz trzy osoby, żeby usprawnić proces pozbywania się niepotrzebych związków z organizmu. A po wyjściu jeden Murzyn, chcąc najwyraźniej mi zaimponować swoja znajomością polskiego, mówi - zrób mi laskę.. poproszę

Jeszcze atmosfera w knajpie na imprezie studenckiego klubu alkoholika pod hasłem Monta nelas!, którego to hasła nie polecam używać w rozmowie z osobami biegłymi w języku portugalskim. Każdy rozmawia z każdym, zawsze jest o czym, przy stolikach rotacje personalne, zresztą mało kto siedzi, większość rozmawia na stojąco, przy barze, barman chodzi i nabija się z gości. A wszystko to wewnątrz spokojnie wyglądającej kafejki przy niewielkiej uliczce. I jeszcze pita o północy kawa i sztandarowy trunek klubu - absynt z Bailey'sem i wódką.

 

ja mam swój bicek, on - łeb jak sklep

Kiedyś nie rozumiałem co pozwala przygłupawym dresikom w szkołach czuć się lepszym od kujonków w okularach. Myślałem, że są tak ograniczeni, że liczy się dla nich tylko wielkość bicka, tuningowana fura i manieczki na pełen regulator. Potem coraz więcej mi nie pasowało w takeij wizji - jak można być tak ograniczonym, przecież wtedy po prostu życei traci sens. Spotkałem paru rasowych dresiarzy, rozmawiałem z nimi, wychodziło mi, że oni po prostu mają inna kulturę. I to niekoniecznie taką, którą winno się pisać z cudzysłowem. Na koniec, dzięki spotkanym niedawno rugbistom zrozumiałem, że tak jest w istocie - ich świat rządzi się innymi prawami, inne są dogmaty, ale jest równie skomplikowany, poruszanie się w nim wymaga wprawy i bynajmniej nie jest nudne czy bezcelowe. Z ich punktu widzenia, oczywiście.

Ale nadal nie rozumiałem jak oni mogą czuć się lepsi tylko dlatego, że nie noszą bryli, dobre wyniki zadań oglądają jedynie na ściągach, a ich iloraz inteligencji mógłby się nadawać do tłumaczenia pojęcia granicy dolnej. Nie rozumiałem prawdopodobnie dlatego, że się kiedyś sam do tych gorszych zaliczałem. Bryle mi nawet jeszcze zostały, z wiedzą już znacznie gorzej.

Teraz jednakże już wiem - doznałem oświecenia. Wszystko dzięki pewnemu rodakowi na zajęciach, który wykazał się postawą zblazowanego mistrza PHP i czego on nie wyrabiał z omawianym przez wykładowcę sziemjel. Pomijam już fakt, że używał go do generowana wyrażeń regularnych - prawdopodobnie mój brak znajomości tematu tylko powoduje, że pierwszą myślą było o co tu chodzi? co to ma za sens? zamiast jakie to sprytne!. Ważniejsza była jednak druga myśl. Na widok tego przepełnionego miłością własną i chłonącego całym sobą swoją chwilę sławy na forum tłumnie zgromadzonej dwunastoosobowej grupy, jednocześnie zachowującego zewnętrznie postawę wiem, że jestem bezwzględnie inteligentny, ale to akurat nie był żaden wyczyn, otóż właśnie na ten widok pomyślałem - co za pajac. bogom dzięki, że ja taki nie jestem.

Czasami jestem dresem.

Disklejmer - bicka bynajmniej nie posiadam, wręcz rasowy ze mnie okaz szczypiorka, a wspomniany rodak okularów nie nosi. Nie wszystkie stereotypy są prawdziwe.

 

chevrolet matiz - prawdziwie amerykańskie auto

cena wypożyczenia na 3 dni chevroleta
103 euro
benzyna
80 euro
nieuwzględnionyw umowie dodatek kilometrowy
223 euro
użycie go jako miejsca noclegowego zaparkowanego na głównej ulicy Costa Nova
0 euro
usłyszenie w radiu podczas szykowania się do snu - our house, in the middle of our street
bezcenne

Nie polecam firmy Avis wynajmującej samochody. Generalnie to co zrobili to było oszustwo. Ale wycieczka była świetna.

 

Carlos Pinto moim kandydatem

Na obczyźnie nie jestem bombardowany nadchodzącymi zewsząd informacjami o wyborach, nie oglądam na bilbordach kaczek w różnych (mniej lub bardziej komiksowych) odmianach, a z serwisów informaycjnych czytam głównie /. Tak więc zapragnąłem z trójką innych rodaków dzisiaj przy winie i rumie sobie zrobić przegląd tego co słychać w polskiej polityce. Ściągnęliśmy garść spotów wyborczych i zasiedliśmy do oglądania. Pierwsze wrażenie - posiadanie profesjonalnego spotu chyba powoduje utratę elektoratu, gdyż większość kandydatów stroni od nich jak od ognia. Drugie wrażenie - wartość merytoryczna spotów leży. Trzecie - jazzy jest w tym roku głośne krzyczenie jak to jest teraz źle i że jest się jedynym sprawiedliwym.

Zwycięzcą naszego drobnego plebiscytu na najbarwniejszego kandydata został Leszek Bubel - pogromca Krzyżaków, ojciec księżniczki, która nie chciała Niemca-cudzoziemca. Jego drewniany głos, brak mimiki poza ruchem okutej stalą rękawicy naprawdę nas przekonują. Widać, że nie psuł sobie autentyczności wizerunku przez współpracę z żadnym specjalistą od imidżu.

Postanowiliśmy się nim bardziej zainteresować i zajrzeliśmy na stronę jego ugrupowania. Dla miłośników standardów - wygląda jak stworzona w MS FrontPage, o czym informację potem skrzętnie usunięto, pewnie ze względu na piracką kopię. Ale najważniejsza jest treść - owacja na stojąco za sformułowanie prezydent obojga nazwisk Kwaśniewski-Stolzman, po zobaczeniu tego turlałem się ze śmiechu. Wspomniany kandydat jest bardziej narodowy od Giertycha i o LPR pisze następująco:

(...) LPR jest co najmniej w 30% zażydzona, a jej lider jest pupilem koszermediów jako wygodny dla nich "opozycjonista".

Chociaż 30% to nie tak źle, stopień zażydzenia PiSu określa jako 90%. Oczywiście, prowadzą liderzy. Pozostałe artykuły są równie godne przeczytania. Dla tego człowieka nie ma przebacz.

ps. A dla mnie nadal najlepszym kandydatem jest Carlos Pinto.

 

klubowo

Kontynuując poznawanie obcej (portugalskiej) kultury, kierując się wyłącznie pasją badacza (jasne..) zawitałem w progach klubu ExLibris. Czemu zawdzięczana on tak literacką nazwę to pojęcia niestety nie mam, gdyż rozrywek wysokich lotów próżno by tam szukać. Jednakże dla wielbicieli chleba i igrzysk może on być niemalże świątynię, oceniając po tłumach, które go szczelnie wypełniały.

Kilka słów o architekturze tego przybytku. Najważniejszym miejscem, możnaby rzec - nawą główną jest duży parkiet, wzbogacony tu i ówdzie walającymi się petami, plastikowymi kuflami do piwa i inszymi drobiazgami. No i, rzec jasna, nieprzebranymi tłumami ludzi. Naprawdę dużo ich tam było. Trudno mi porównywać, gdyż nie jestem osobą kompetentną w dziedzinie tzw. klabingu, ale jak dla mnie to dość spory tłum był. Na środku parkiet (niczym ołtarz) było oczywiście podwyższenie, na które kolejno wspinały się westalki, aby składać hołd swoim bogom, rytmicznie (bardziej lub mniej) wyginając śmiało ciało. Nad parkietem, niczym krużgangi naokoło dziedzińca, usytuowany był bar. Poza tym, były jeszcze dwie (chyba - nie jestem pewien, mącił mój umysł bowiem wcześniej pity trunek staropolski, jak wskazuje nazwa, stworzony gdy w puszczach królowały jeszcze żubry) sal, w których można było prowadzić spokojne konwersacje, zgiełkiem, ni głośną muzyką się nie przejmując.

Bywalcy różnili się dość od polskich ich odpowiedników - brak było częstych w Polsce, rozpoznawanych na pierwszy rzut oka, pań, o których złośliwe języki mówią, że ich pasją jest konkurencja z Algidą w dziedzinie produkcji pewnego rodzaju mrożonych towarów. Byli to głównie studenci (co stanowi dość rozbieżną grupę wiekową, gdyż mimo iż studia prowadzone są w systemie 5-letnim, w tym kraju zwykle studiuje się mniej więcej 8 lat, czasem potem jeszcze bierze się drugi kierunek), trochę ludzi koło 30-ki i parę osobliwości pozbawionych spodni. Jak dowiedziałem się później, byli to świeżo przyjęci członkowie orkiestry (czy to uniwersyteciej, czy miejskiej, nie wiem), którzy zostali poinstruowani przez starszych kolegów, że spodnie nie zaliczają się do wieczorowego stroju w tym dniu.

Generalnie tutaj panuje taka zdrowa atmosfera, że starsi koledzy pomagają nowym. Na przykład na uniwersytecie na pierwszym roku trudno się nudzić, zawsze znajdzie się coś do roboty - a tu posprzątać weteranowi mieszkanie, a tu umyć podłogę w łazience. To ostatnie może zdać się bardziej czasochłonne niż się wydaje, często bowiem weteran, gdy mokra jeszcze podłoga, wchodzi do łazienki i chwali jak tu czysto, przechadzając się (z trudem, ze względu na mały metraż owego pomieszczenia, ale stara się). Jednakże w momencie gdy wyjdzie zauważa, że na tej mokrej jeszcze podłodze widać brudne ślady butów, które mu wcześniej umknęły. Oczywiście taki makament trzeba od razu usunąć, tak przecież być nie może. Zwłaszcza, że to niewiele pracy, może jakieś 5 minut. Tylko jakoś tak się dzieje, że z tych 5 minut uzbiera się 6 godzin spędzonych nad mopem. Ale wtedy pewnie się lepiej śpi, po takiej przepracowanej nocy. Nie ma to jak starsi koledzy.

A co do przybytku, to na pochwałę zasługuje ochrona. Nie rzucająca się w oczy, spokojna, kulturalna, mówiąca dobrze po angielsku - prawdopodobnie lepiej niż połowa bawiących się tam osób. Aha, i jeszcze usłyszałem tam utwór Killing in the name of zespołu pieśni (choć już nie tańca) Rage Against the Machine. Miło.

Na koniec dodam, że tyle tam dymu, że obudziłem się dziś rano (rano, jak rano, koło 13) dość sponiewierany.

Pytanie egzystencjalne na dziś - czy posiłek spożyty o godzinie 6.30 , jeśli idzie się zaraz po nim spać, a wcześniej się nie spało, to jeszcze kolacja, czy już śniadanie?